~*~Aarone~*~
Nie spałam całą noc wiedziałam, że za dwie godziny muszę być w pracy. Wyglądałam koszmarnie, byłam cała blada, włosy były w nieładzie, a oczy przypominały sine tunele z workami pod nimi. Bałam się, bałam się tego, co się stanie, gdy dziecko otworzy oczy.Zacznie płakać i chować się w szafie jak ja, gdy miałam 4 lata? Teraz bałam się bardziej, niż, kiedy kol wiek, wciąż miałam wątpliwości czy dobrze zrobiłam przygarniając tą małą sierotkę. To dziecko przypominało mnie i to bardzie niż myślałam. Sierota przygarnięta przez obcych ludzie nie bardzo mu przychylnych. Trzymałam w lekko trzęsących się rękach kawę i obserwowałam jak chłopczyk wtula się w poduszkę, był taki słodki, gdy zwijał się w kulkę. Był bardzo chudy i kościsty. Nie był za bardzo podobny do matki prócz tych oczu te były błękitne prawie jak u... Steve’a. Głupie porównanie. Zaczął powoli się budzić. Wzięłam w ręce misia, który stał na biurku od niepamiętnych czasów chciałam mu go wręczyć, postarać się, aby jego szok przeminął jak najszybciej. Otworzył swoje wielkie lazurowe oczy przecierając je małą rączką. Szybko otrząsnął się ze śpiku i zaczął rozglądać się po pokoju. Jego wzrok spadł na mnie. Zatrzymał się czas oboje wpatrywaliśmy się w siebie a ja nie potrafiłam nic mu powiedzieć, nie wiedziałam, co mu powiedzieć, „Hej mały słuchaj wczoraj ktoś zabił twoją matkę a ona kazała mi się tobą zająć?” To było zbyt brutalne, żeby powiedzieć mu to od tak. W nocy znalazłam kartkę w jego kieszeni była porwana na pół jedyne, co zdołałam z niej odczytać to data urodzin i imię jego matki, miała na Imię „Ismena”. Data urodzin: 28 Luty 2011, czyli miał dokładnie trzy i pół latka. Wstałam i chciałam usiąść obok niego jednak on wierzgnął nogami złapał kołdrę i usiadł w rogu łóżka.
-Spokojnie... Wszystko będzie dobrze... Obiecuję. Ja też się boje. To jest trudne, ale od dzisiaj będziesz mieszkać tu, bo.... Bo źli ludzie zabili twoją mamę- Zdecydowałam, że wole to wydusić z siebie teraz niż potem i będę mieć problem. Spojrzał na mnie jak, by, gdyby nigdy nic. Zaczęłam zbliżać delikatnie rękę, powili, jak do jakiegoś nieśmiałego zwierzęcia. Uśmiechnęłam się do zachęcenia go. Było to trudniejsze niż sądziłam. Chłopiec był bardzo nieśmiały, więc i trudno było go do siebie przekonać. W końcu podał mi dłoń i przysunął się do mnie.-I co nie było tak źle?- Zaśmiałam się jednak on nie podzielał mojego entuzjazmu.
-Jest pani chola...-Wydukał oglądając moją trupią twarz i trzęsące się z nerwów ręce. Nie wieżę, że nawet dziecko to zauważyło. Czyżbym aż tak źle wyglądała? Zapewne, . Było mi niedobrze i to z nerwów, bo bałam się jego reakcji, jego emocji i zachowania, nie byłam teraz pewna niczego on też raczej nie.
-Założę się, że jesteś głodny może chcesz zjeść płatki albo.... Coś-Nie do końca wiedziałam, co jedzą trzy i pół latki. Nie chciałam, aby się bał, chociaż jako takie zombie nie zdziwiłabym się, żeby uciekł z krzykiem. Kiwnął głową i zeskoczył z łóżka. Otworzyłam drzwi w stronę kuchni, pchnęłam go zachęcająco a on tylko obserwował wszystko po kolei pobiegł w stronę krzesła i rozsiadł się chwytając w ręce ołówek i patrząc na mnie zawzięcie. Mimowolnie uśmiechnęłam się do siebie. Miałam teraz w domu brzdąca, który będzie powodował u mnie pewnego rodzaju szczęście. Wyjęłam z lodówki mleko i szybko podgrzałam, dosypałam płatków i podałam mu. Na początku mieszał w nich tylko łyżeczką wydając przy tym jakieś dziwne dźwięki, po czym spojrzał na mnie z ukosa i zaczął pałaszować ze smakiem cynamonowe płatki. Podparłam głowę ręką nie mogąc się nadziwić temu chłopcu był inni niż wszyscy. Spojrzałam na zegarek:
-O W DUPĘ! ZNÓW JESTEM SPÓŹNIONA- Mały aż poskoczył a z pokoju wytargał się dziadek spoglądając na chłopca.Złapałam za ciuchy leżące na krześle, (które dość niedawno prasowałam).I trzasnęłam drzwiami od łazienki. Wzięłam szybki prysznic, wymalowałam się i wybiegłam trzymając w rękach szpilki.
-Nie drzyj się tak jest w pół do ósmej. O witaj mały, Aarone jak on ma w ogóle na imię?- Zaspany dziadek w okularach trzymał gazetę a w drugiej kawę ziewną przeciągle, po czym spojrzał na wciągającego płatki chłopca. Nie wiedziałam nawet ja mu na imię tylko wiek i imię matki. Dziadek wydawał się być wyrozumiały dla nowego lokatora naszego domu.
-Nie wiem, ale podoba mi się imię Hector- Uśmiechnęłam się i wybiegłam na korytarz. Chłopczyk pokiwał głową z aprobatą. Dziadek twierdził, że MAŁY nie pamięta jak się nazywa. Jak na niego przystało przesłuchanie musi być?
-Im się człowiek śpieszy tym się diabeł cieszy. Dzień dobry 7C-Znikąd na drogę wyszedł mi Rogers. Potknęłam się o chodnik sąsiada obok i poleciałam jak długa ze schodów. Uderzyłam głową o ścianę. Moje czarne szpilki potoczyły się gdzieś dalej. Zauważyłam, że za korytarz wyleciał dziadek a zaraz obok niego mały Hector. Zbiegł ze chodów i złapał mnie za rękę jego błękitne oczy spotkały się z moimi srebrnymi. Przytulił się do mojej obitej głowy, co mnie mile zaskoczyło. Steve natychmiast się poderwał i podbiegł do mnie-Nic ci nie jest? I, co to za słodki maluch?- Uśmiechnął się patrząc na chłopczyka, który nie odrywał wzroku od krwawiącego czoła.
-Pomóż mi wstać, a to jest Hector- Jęknęłam przykładając chusteczkę do rany- Hector idź do dziadka i skończ śniadanie okay?- Ucałowałam go w czółko a on w swoich Gołych nóżkach pobiegł po schodach do domu chowając się za dziadkiem. Steve śledził wzrokiem chłopczyka aż zniknął za dziadkiem Severusem. Włożyłam szpilki a mój sąsiad pomógł mi dojść do samochodu- Dzięki-Jęknęłam uśmiechając się przy tym szeroko
-Nie ma sprawy, zawsze do usług-ukłonił się lekko-Z tego, co wiem twój szef i Stark mają dziś spotkanie dotyczące projektu jądrowego, nic specjalnego, ale pomyślałem czy?..
-Z chęcią, to o czternastej w Kawiarence naprzeciw Stark Tower? –Cały czerwony mięśniak kiwną głową zawstydzony. Trzasnęłam drzwiami i ruszyłam z piskiem opon w stronę Wayne Tower i tak byłam już spóźniona. Zastanawiałam się czy dobrze wybrałam idąc w tym kolesiem na kawę, ”Aarone spokojnie ty tylko kawa” powtarzałam sobie w duchu. Wciąż zastanawiała mnie reakcja „Hectora” na mój wypadek. Ucałował mnie w czoło-być może nawiązaliśmy jakąś więź? Trudno stwierdzić..
~*~Steve~*~
Miałem mieszane uczucia, co do decyzji Marni. Powiedziała to szybko tak jak, by chciała mnie spławić. Cały dzień o tym myślałem. Natasza stwierdziła, że jestem jakiś nieobecny. Prawie cały dzień przesiedziałem w swoim gabinecie przewracając między palcami kostkę Rubika, nie wiem czy z nerwów czy innych przyczyn. Zastanawiałem się, co powiedzieć, żeby nie strzelić gafy. Marni była jedną z osób, z którymi miałem bliższy kontakt nie licząc Fury’ego i Avengers. Na swój sposób była wyjątkowa, uparta, niedostępna i momentami dziwna, ale i urocza oraz opiekuńcza. Była skryta, ale rozumiałem ją, straciła najważniejszą osobę w jej życiu i zamknęła się w sobie. Bała się innych ludzi, ale nie chciała tego pokazywać. Denerwowała się przy mnie, ale i czasem śmiała się z moich żartów trudno było ją rozgryźć, jej uczucia to była jedna łysa enigma. Siedziałem przy stole, co jakiś czas spoglądając na zegarek. Stark tak po prostu przeszedłby przez salę, gdyby nie to , że kręciłem młynki i gapiłem się w ścianę.
-Hej kapitanie coś ty taki pod znerwicowany hmmm? Jakieś plany na wolne godziny? Ja tam przy odrobinie czasu mam zamiar spędzić miły wieczór z panną Ray wyciągając ją z nory, w której zamknął ją ten sierota Wayne-Stark wyszczerzył zęby i puścił i oczko akcentując na „uroczy”. Domyślałem się, że miał w planach uwieść panienkę Ray i zaciągnąć ją do łóżka jak na niego przystało jednak to było mało prawdopodobne. Marni prędzej dałaby mu siarczystego policzka i pozbawiła genitalii niż dałaby się dotknąć niżej miednicy.
-Muszę zepsuć ci humor Tony ja i panna Ray idziemy dziś na kawę, więc niestety, ale nie przelecisz jej jak ty to mówisz –Odwzajemniłem uśmiech spoglądając na jego zdziwioną twarz jednak on wciąż nie dawał za wygraną i drążył ten nieszczęsny temat.
-Ej moment zaraz a ty coś się tak do niej przykleił, co? Ja ą pierwszy zaklepałem a użytków nie przyjmuję-Parsknął dziwnym śmiechem. To jego zboczone towarzystwo przestawało mi coraz mniej opowiadać, a tym bardziej, kiedy mówił o mojej sąsiadce, nie miał za grosz przyzwoitości. Wywróciłem oczami, po czym westchnąłem.
-Nie przykleiłem się do niej po prostu chronię ją przed takimi jak ty –Burknąłem niedbale.
-Oj czaisz się, nie minie kwartał a ty z nią wylądujesz w łóżku-Z wielkim uśmiechem na ustach powędrował w stronę windy, ja też musiałem się powoli zbierać zaraz druga.
~*~
Kiedy rozglądałem się wokoło po budynku nie mogłem nigdzie dojrzeć szefowej działu „Nauk Stosowanych” w Wayne Enterprises. Zająłem ostatnie miejsce z tyłu i wpatrywałem się w ulicę za oknem. Ruch jak zwykle, nic tylko przejeżdżające auta nagle zadzwonił dzwoneczek przy drzwiach. Młoda niewysoka kobieta na wysokich czarnych szpilkach w miniówce szła w moją stronę. Uśmiechała się lekko. Wyglądała jakoś tak, inaczej niż zwykle nie licząc stroju, uśmiechała się, była w dobrym humorze.Krótkim dumnym krokiem kroczyła w moją stronę. Po, mimo że na szpilkach była wiele wyższa niż normalnie to i tak do mnie dużo jej brakowało. Przez chwile widziałem ją jak, by w zwolnionym tempie. Jej grube kasztanowe włosy podskakiwały z każdym krokiem, srebrzyste oczy błyszczały patrząc się we mnie, krwiste usta i podkreślone kredką oczy wyróżniały się. Gdyby nie to , że wiedziałem, że ma przerwę w pracy to inni uznaliby ją za ladacznicę. Wiele męskich jak i damskich oczu zwróciło się w jej stronę. Małe rozcięcie na czole, mimo że zapudrowane wciąż były widoczne.
-Cześć-Usłyszałem jak, by przez mgłę. Otrząsnąłem się z tego niemałego transu. Usiadła naprzeciw mnie szukając czegoś w torebce-Mamy całe dwie godziny, podejrzewam, że wypicie kawy zajmie nam nie więcej, niż 15, więc defakto mamy godzinę i czterdzieści pięć minut na inne zajęcia-Rozsiadła się na fotelu i spojrzała na mnie. Zatkało mnie, nie wiedziałem, co powiedzieć. Ona taka wyluzowana i uśmiechnięta? Gdzie to napisać? Miałem wrażenie, że to nie ta sama osoba, co kilka miesięcy temu, zapłakana chora i smutna. Po części przeraziło mnie to jednak z drugiej cieszyłem się, że Ray znalazła spokój ducha. Wstąpił w nią nastrój wesołka
-Hej ty... Nieważne zmówimy coś?- Uśmiechnąłem się do niej a ona od razu to Odwzajemniła.Ani na chwilę nie nastąpiła niezręczna cisza. Rozmawialiśmy ze sobą jak starzy znajomi, przez jakiś czas odnosiłem wrażenie, że osoba, z którą rozmawiam to nie moja nieśmiała sąsiadka spod 7C. Kelnerka przyniosła nam kawę, po czym odeszła śmiejąc się pod nosem. W miłej przyjaznej atmosferze spijaliśmy kawkę z bitą śmietaną. Nagle grupka dzieci idąca za oknem spojrzała na mnie i wleciała do lokalu z kartkami prosząc o autograf. Machnąłem szybko podpis i popędziłem Marni, aby szybko ubrała kurtkę, bo zlecą się ludzie. Kiedy wychodziliśmy życie w kafejce zamarło, ludzie poderwali się i rzucili w naszą stronę? Szarpnąłem lekko moją towarzyszkę i przyśpieszyliśmy kroku. Zaczął padać deszcz. Odwróciła głowę i stwierdziła, że chyba ich zgubiliśmy. Byliśmy w jakimś parku. Jej makijaż lekko się rozmazał, ale po, mimo to wciąż wyglądała ślicznie. Zatrzymaliśmy się pod wielkim drzewem, które nie przepuszczało kropli wody. Spojrzeliśmy oboje na siebie i wybuchnęliśmy śmiechem.
~*~Aarone~*~
Te jego przenikliwe błękitne oczy patrzały na mnie z takim zainteresowanie miałam wrażenie jak, by czas się zatrzymał. Deszcz padał sobie, było tak spokojnie i nikogo tam nie było. Byłam bliżej niego niż powinnam, nie zgłaszałam sprzeciwu nie potrafiłam. Delikatnie kciukiem otarł krople zimnego deszczu z mojej twarzy, chłodny dreszcz przebiegł moje ramiona. Poprawiłam kołnierz od jego kurtki. Nawet Nie wiem, kiedy to się stało, nachylił się do mnie i pocałował. Deszcz lał coraz mocniej, ale to nam nie przeszkadzało. Miałam wrażenie, że nagle coś we mnie pękło jakaś bariera, która hamowała mnie od świata nigdy nie sądziłam, że od śmierci męża będę się całować a tu proszę. Był delikatny nie śpieszył się. Wszystko zawirowało. Sprawiło wrażenie jak, by po latach ponownie odzyskało barwy. Ptaki zaczęły śpiewać, woda zaczęła chlupotać trawa zrobiła się zielona a deszcz stał się ciepły. Chciało mi się płakać a jednocześnie krzyczeć z radości. Ale coś mnie hamowało wiedziałam, że to może być tylko przelotne. Nie mogłam zaufać, by znów stracić to za bardzo bolało. To tak bardzo bolało, aż za bardzo. PO chwili uświadomiłam sobie, co zrobiłam, całowałam się z samym Kapitanem Ameryką
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witam serdecznie wszystkich czytających ten bardzo kreatywny szajs(od ostatniego rozdziału tak oceniam swoją twórczość) w rozdziale 11.Serdecznie pragnę pozdrowić Anonima który stwierdził że nie umiem pisać. To prawda mam problemy z interpunkcją ale wciąż nad sobą pracuje. Moi czytelnicy wiedzą że staram się jak mogę i starają się zwracać mi uwagę i radzą kiedy to jest potrzebne. Nie zdziwiłabym się gdyby stwierdzono u mnie dysortografię albo to że ze mnie ortograficzny debil(jak zwał tak zwał). Publikować będę i żaden baran spod rynny nie będzie mi zabraniał ani pisania ani dzielenia się tym ze światem.Jeśli wam się to nie podoba oczywiście w ciągu 24 godzin wszystkie moje blogi mogą z niknąć jednak nikt jeszcze o to nie poprosił.Dobra koniec o chojrakach walących z anonima (co nie oznacza że zabraniam pisać z anonima ,uchroń boże po to dałam tą funkcję). Przepraszam wszystkich za moją aktywność na waszych blogach.Ostatnio kiepsko z mną,wymiotuje,gorączkuje,kicham,kaszle i wszystko na raz.Ehhh do dupy z taką robotą.W wielkich bólach poprawiłam to o to "to" .Dobra tyle ewangieli i widzimy się w kolejnych rozdziałach.
Pozdrawiam Rachel
czwartek, 22 stycznia 2015
czwartek, 15 stycznia 2015
X Gwiazda Wieczoru
~*~Aarone~*~
„-Czekoladowa,
biała czy truskawkowa? Eeeeeeeeee truskawkowa-Sięgnęłam na najwyższą półkę po truskawkową
czekoladę.,Ale chodź bym nie wiem jak bym się starała nie mogłam jej dosięgnąć.
Stanęłam na palcach jednak to nie miało większego sensu. Moja matka nie
należała do najwyższych osób, więc i ja zostałam pokarana takim kurduplstwem,
„Cholerne geny” pomyślałam. Kiedy tak usilnie próbowałam dostać się do
czekolady z nadzieniem truskawkowym podszedł do mnie brunet w prostokątnych
okularach. Miał perłowy uśmiech i jasną karnację oraz szeroki uśmiech na ustach.Podał
mi opakowanie z czekoladą, pocałował w rękę i poszedł w stronę działu mięsnego.
-A tak w
ogóle jestem Clint, Clint Barton, jeden z Avengerów - Odwrócił się do mnie
błysnął zębami i skręcił na lewo. Minęło trochę czasu za nim otrząsnęłam się z
tego nie małego szoku. O co chodziło? Podał mi tylko tą pieprzoną pechową
czekoladę i od razu się przedstawił. Niech zgadnę to ten nadęty łucznik, Hawkeye.
Kiedy ostatnim razem urządzili sobie strzelaninę do mnie, każdy strzelał, czym miał?
Pan z ładnymi włosami sturlał do mnie swoim kawałkiem drewna z kamieniem przy
końcu, Stark karbowymi paluszkami, tancereczka swoją tęczową tarczą a ruda
Małpa zabaweczką w kształcie pistoletu. Co to ma być cyrk? Oni nie wiedzą, co
to jest dobra broń tylko jakiś chiński szajs. Nawet nie zauważyłam a cały czas
stałam w wgapiałam się w punkt przed sobą. Szybkim krokiem podeszłam do kasy
zapłaciłam i udałam się w stronę budynku niedaleko.Był stary, ponury, pozbawiony
życia, zbudowany z czerwonej cegłówki. Przywitałam Się z pracownicą ośrodka i udałam
się w stronę pokoju 321 całkiem przy końcu korytarza. Uchyliłam białe drzwi, zaskrzypiały
lekko. Biały pokój był od dawna mieszkaniem mojej babci Peggy Carter. Dogorywała
swego życia właśnie tu, mogła żyć jedynie przed rehabilitację i leki. Było mi
jej żal, starałam się poświęcać jej jak najwięcej czasu, aby nie czuła się
samotna. Wyjrzała na mnie z sterty poduszek, uśmiechnęła się blado i
wychrypiała cicho. Nie obraziłabym się gdyby raz na jakiś czas zadzwoniła.
-Witaj
Aarone długo cię nie widziałam, zdaje mi się czy nabrałaś kolorów?- Tak to
zdecydowanie w jej stylu, to znaczy te jej teksty. Babcia była naprawdę silną
kobietą miała już 96 a pomimo to nie stała się starą zgorzkniałą babciunią szyjącą
czapeczki. No dobra może i nie szyła czapeczek, ale szyła sweterki. Wywróciłam oczami,
przysunęłam sobie stołek i pośpiesznie zaczęłam szukać tej cholernej czekolady.
-Babciu
robisz się jak dziadek. W ogóle dziadek ostatnio usiłuje mnie zestawatać z
naszym nowym sąsiadem, a nawet z szympansem byle żebym nie była sama dostaje
białej gorączki jak słyszę te jego teksty na mój temat-Z głośnym westchnieniem
opadłam na fotel nie opodal. Spojrzałam na sufit a potem z rezygnacją na babcię.Ona
w przeciwieństwie do mnie wybuchnęła głośnym śmiechem i spojrzała prosto w
oczy. Dziwnie się czułam, kiedy tak na mnie patrzała tak z troską i
przekonaniem.
-Nic nie
masz w sobie z matki dziecko nic kompletnie. Te oczy, oczy tego nicponia
Jamesa. Wiedziałam, że prędzej czy później wpędzi Lilly w kłopoty. Żałuję, że
dopiero teraz nie mogę nic już zrobić. Twoja mama zawsze powtarzała, że bez względu
na wszystko będzie przy swoim mężu, no i ma: smród, kiłę i mogiłę-Nie mogłam się
powstrzymać od parsknięcia śmiechem wiedziałam, jaka jest babcia, ale nie sądziłam,
że aż tak nie lubi mojego ojca.Babcia musiała dużo naopowiadać swojej matce,
kiedy mama wychodziła za mąż ta kobieta ma 96 na karku a nadal zrzędzi jak to
ich cała rodzina nie lubiła mojego ojca. A skąd ten biedak miał wiedzieć, że 20
lat później go rozstrzelają jak jelenia?
-Oh już
przestań jesteś moją prababcią, stało się to się stało. Czas najwyższy zakopać
wojenny topór z rodziną Anastasów- Westchnęłam rozpakowując czekoladę. Sama
wessałam pierwszy kawałek i następny. Babcia spojrzała na mnie dość dziwnym
wyrazem twarzy.·Spojrzałam na nią jak by mówiąc „No, co? Mam problem to i
pochłaniam tą durną czekoladę zresztą, samą resztą i tak wyglądam jak trup.
-A, z kim ja
mam się godzić z Tobą? Z Severusem?? Tylko wy zostaliście, cieszę się, że
chociaż mój mąż mógł dożyć spokojnej starości a nie jak twoja rodzina czy twój
mąż- Słysząc „twój mąż” od razu zmarkotniałam i skuliłam się w kulkę. Miałam
nieodpartą ochotę zacząć beczeć jak bachor. Oni zmarli tak dawno, Harry też a
ja wciąż mam wrażenie jak by tan koszmar miał miejsce wczoraj. Babcia od razu
się podniosła i próbowała coś powiedzieć jednak szybko zamknęła usta i ponownie
je otworzyła. Wiedziałam, że moje oczy zaczęły się już błyszczeć, ale starałam
się jak najszybciej się uspokoić przecież łykałam rano prochy.
-Wybacz mi
skarbie nie chciałam, wiem ja cię to boli-Położyła mi rękę na ramieniu i spojrzała
czule-Nabrałam nierówno oddechu, po czym wypuściłam powietrze. Skinęłam w jej
stronę na znak, że już w porządku-Zmieniając temat skoro dziadek chce
koniecznie z kimś zeswatać, czemu akurat wybrał twojego sąsiada?
-Wiesz
babciu dziadek jest tak zdesperowany, że zeswatałby mnie nawet z szympansem
wracają do Stevena, no tak ma na imię, wygląda na jakieś 26 lat i mówił, że
jest Z Brooklynu. Pracuje gdzieś tam, jako Agent T.A.R.C.Z.Y. Jest wysoki jak
brzoza a głupi jak... Cholera, no właśnie, blond włosy, intensywne niebieskie
tęczówki a na nazwisko ma Rogers tak Steve Rogers.- Babcia zdębiałą. Po jej
minie wyczytałam, że nie wie c ma dokładniej powiedzieć.
-To nie może
być a jednak no nie wieżę trafił ci się sam kapitan Ameryka mój były... To
znaczy służył, w 101 kiedy byłam kapralem- Babcia tak się o Rogersie rozgadała,
że zeszło jej spokojnie z półtora godziny. Przy trzecim razie jak to uratował
500 żołnierzy zachciało mi się spać dopiero, kiedy odchrząknęła zerwałam się
jak oparzona i wyszczerzyłam się jak głupia patrząc na nią z ukosa-Jeśli, co
kol wiek między wami zajdzie nie zmarnuj tego. Steve to dobry facet, ale i
subtelny i szarmancki.
-Ta ostatnio
zrobili sobie ze mnie tarcze z rzutkami-Mruknęłam podpierając się ręką i udając
obrażoną na cały świat.
-A i jeszcze
jedno proszę zapanuj nad tym twoim potworem, wiem, że jest ci trudno żyć bez tego,
co kiedyś a to jedyna rzecz, jaki ci z przeszłości została, ale to prędzej czy
później cię zniszczy i wpędzi w kłopoty kocham cię jak rodzoną córkę i nie
pozwolę żeby coś ci się stało-Kiwnęłam na zgodę, zebrałam swoje rzeczy
wciągnęłam jeszcze jedną kostkę czekolady i ucałowałam babcię na pożegnanie. Zamykając
drzwi mruknęłam sama do siebie „-Kolejna, co myśli, że sobie ze sobą nie radzą,
co prawda to prawda, ale to nie oznacza, że zaraz się zabije czy coś panuję nad
moim potworem, bo to, co robię jest w słusznej sprawie. „-Okradam przesadnie
bogatych, nigdy biedniejszych”
~*~
Siedziałam
na dachu jakiegoś budynku obserwowałam ludzi wracających pośpiesznie do domów
było na oko tak za piętnaście dwunasta. Większości byli to dresiarze lub
bezdomni i włóczędzy. Nie było tym nic ciekawego, nie zapowiadało się dziś
jakoś ciekawie po prostu było nudno. New York rządził się swoimi prawami i żył
własnym tempem. Urzędnicy śpieszący się do pracy, dziwki na obrzeżach miastka, bezdomni
szlajający się po ulicach oraz ciągłe korki uliczne i nie zapominajmy o bandziorach,
który rzadką uchodzą cało z potyczki ze mną niezbyt mi się tu podobało. Pamiętam,
że w Gżacku zawsze było tak spokojnie.Trzy dom na krzyż i heja banana. Byłam
tylko ja, moi bracia, rodzice, pani Młotowa ze swoim synem mieszkający nie
opodal nas i rodzina rolników zza zakrętu Była to jedna z tych nielicznych wsi
na Rosji gdzie nie przejmowano się polityką czy innymi sprawami, każdy żył
swoim życiem pomagając sobie na wzajem. Tata pewnie zaszył się tak daleko żeby
go nie znaleźli ci z tej pieprzonej mafii rosyjskiej. Coś mu się jednak nie
udało. Ja a też wiedziałam, że prędzej czy później przyjdą po mnie, że mnie też
zabiją, że dla mnie kiedyś też wybije ta dwunasta godzina śmierci. Starałam się,
na co dzień żyć normalnie, udawać, że nic się nie dzieje, ale to nie było takie
proste. Ból, żal, gniew, to wszystko, co ukrywałam pod maską szczęśliwej
kobiety z pracą. Nigdy nie sądziłam, że będę mogła być szczęśliwa nigdy.
Nagle z
moich zamyśleń wyrwał mnie huk wystrzału i krzyk kobiety natychmiast
zeskoczyłam z dachu robiąc głębokie ślady paznokci na murze i pobiegłam w
stronę usłyszanego wystrzału. Biegłam ile sił mi w tych malutkich patyczkach
niosło. Usłyszałam ponownie strzał, co oznaczało, że jestem coraz bliżej nie
mogłam wiedzieć, co tam się dzieje. Wyleciałam zza zakrętu byłam w jakieś
dziwnej uliczce nawet nie wiedziałam gdzie nigdy tu nie byłam. Zobaczyłam jak
jakiś kmiotek biegnie z torebką miał na sobie kolorową czapkę i jakąś cienką kurtkę
wzrostem to on nie grzeszył
-Pfff łatwizna-Wywróciłam
swoimi srebrnymi oczami i wspięłam się na dach biegłam szybciej niż ten drobny złodziejaszek,
więc i wybiłam się parę metrów przed niego. Wykorzystała stary trik z
kuleczkami, zrzuciłam parę z dachu a ta ślepa kura nawet ich nie zauważyła
wleciał po prostu na nie i wywinął kozła do tyłu upadając boleśnie na kolorowe
kuleczki. Z gracją kota zeskoczyłam tuż przed niego-I, co nie jesteśmy już tacy
cwani hmmm?? Nie ładnie tak okradać ludzi wieczorem oj nie ładnie-Pokiwałam
palcem a on panicznie próbował uciec jednak kuleczki pod nim nie bardzo mu w
tym pomagały. Żałosna imitacja złodzieja a i nie złodziej ponownie wywróciłam
oczami i złapałam go za koszulę szybkim ruchem obezwładniłam, po czym
nieprzytomnego przykułam to barierki od tylnych drzwi. Odwróciłam do osobnika,
który utracił torebkę. Była to kobieta o jasnych włosa i niebieskich oczach.
Rzuciłam w jej stronę torebkę i powiedziałam tylko
–Nie ma, za co-Wzruszyłam
ramionami i spojrzałam na wózek obok niej było tam maleństwo nie wiem ile mogło
mieć trzy, dwa lata? Nie więcej. Kiedy już miałam wtopić się w cień usłyszałam
jej piskliwy głos?
-Pomóż mi-Odwróciłam
głowę natychmiast.Moją uwagę przekuła jej dłoń, kobieta krwawiła, nie z ręki a
z boku jej wzrok utkwił w moich oczach. Na parę sekund mnie sparaliżowało. Zaczęła
kołysać się na boki aż w końcu prawie zaryła o glebę. Rzuciłam się jak oparzona
i w ostatniej chwili złapałam umierające ciało blondynki. Nie potrafiłam
wydusić z siebie nawet słowa ona wciąż obserwowała mnie. Mój wystraszony wzrok.
Widziałam jak umierają ludzie, moi rodzice, Harry, wrogowie ligi cieni. Zabijałam,
ale to było jakieś inne. Nie znałam jej nie wiedziałam, kim jest jak nazywa się
jej dziecko jak ona się nazywa. Byłam jak sparaliżowana. W końcu wychrypiała:
-Ty nie
jesteś taka, jaką cie mają ty niesiesz pomoc i sprawiedliwość zajmij ehe ehe
moim dzieckiem proszę, daj mu dobry dom. Nie mam krewnych ani rodziny-Zaczęła
kasłać krwią i tracić przytomność. Szybko wykręciłam numer karetki. Kiedy
odłożyłam komórkę ona złapała mnie za rękę?
-Nie mogę
nie potrafię ja...
-Poradzisz sobie....
Wieżę w.. Ciebie-Jej głowa bezwładnie
pochyliła się no bok a oczy znieruchomiały w martwym punkcie
-NIE! Nie
zostawiaj mnie ja... Karetka-Delikatnie ułożyłam jej stygnące ciało na ziemi. Podniosłam
się z klęczków i spojrzałam na śpiące dziecko Nie wiedziałam, co teraz zrobić
zabrać dziecko i zaopiekować się nim czy zostawić je tu i pozostawić na pastwę
niebezpiecznemu i wielkiemu światu. Było mi szkoda dzieciaka pozostawić go a on
nawet nie wie, że jego matka nie żyje. Na pewno nigdy nie zaakceptuje mnie,
jako swoją matkę, na pewno, Co w ogóle powie na to dziadek? Nie wiem czy
dziecko w domu to najlepszy pomysł. Teraz musiałam zdecydować ta decyzja mogła
zmienić całe moje życie, to wszystko miało tyle za i przeciw. Ograniczenie wolności
więcej obowiązku pogodzenie pracy i opieki nad dzieckiem, ale podobno było tyle
plusów bycia rodzicem pamiętam, że zawsze z Harrym chcieliśmy mieć taką gromatkę
biegających po domu i wkurzających Bernarda dzieciaczków. Odgłos syreny był
coraz bliżej, teraz już nie wahałam się delikatnie wyjęłam dziecko z wózka i
zginęłam w mroku cienia.
~*~
Weszłam
oknem i położyłam chłopczyka na łóżku dziadek już czekał.
-Co to za
dzieciak-Szepnął patrząc na chłopczyka smacznie śpiącego sobie na mojej
pościeli.
-To długa
historia-I tak przez kolejną część nocy tłumaczyłam dziadkowi jak to ten
przesłodki krasnoludek znalazł się tu tajna początku był wściekły i niezbyt
przychylnym mojej decyzji jednak wiele zdań i prób potem postanowił dać malcowi
szansę. Chłopczyk w miarę możliwości był nawet troszkę do mnie podobny. Włosy
były podobnego koloru, co moje. Wspólnie z dziadkiem ustaliliśmy za alibi, że
„Zajmujemy się dzieckiem koleżanki”. Jutro czekały mnie długie zakupy.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witam w rozdziale dziesiątym! ten oto wyczekiwany(przynajmniej prze ze mnie) w końcu nastąpił. Do Akcji wchodzi mały . . . no właśnie ciekawe jak ma na imię nie? dowiecie się za tydzień. Tak wiem mam spore opóźnienie jest one spowodowane szkołą,musztrą w domu oraz miejscowości znajdującej się w tzw dupie u szatana. Niestety nie mogę nic z tym zrobić (Bynajmniej jeszcze przez pół Roku, wtedy id mieszkać do dziadka) jednak w kiedyś się to zmieni.Na razie rozdziały wychodzą jak wychodzą i trudno. W zakładce "Bohaterowie" możecie już odnaleźć naszego młodego bohatera.Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz przepraszam za ostatnią aktywność na waszych blogach.W sobote pojawi się rodział na V for Vendetta a w poniedziałek na Asgardzkim Zwierciadle
Pozdrawiam i przepraszam Rachel
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witam w rozdziale dziesiątym! ten oto wyczekiwany(przynajmniej prze ze mnie) w końcu nastąpił. Do Akcji wchodzi mały . . . no właśnie ciekawe jak ma na imię nie? dowiecie się za tydzień. Tak wiem mam spore opóźnienie jest one spowodowane szkołą,musztrą w domu oraz miejscowości znajdującej się w tzw dupie u szatana. Niestety nie mogę nic z tym zrobić (Bynajmniej jeszcze przez pół Roku, wtedy id mieszkać do dziadka) jednak w kiedyś się to zmieni.Na razie rozdziały wychodzą jak wychodzą i trudno. W zakładce "Bohaterowie" możecie już odnaleźć naszego młodego bohatera.Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz przepraszam za ostatnią aktywność na waszych blogach.W sobote pojawi się rodział na V for Vendetta a w poniedziałek na Asgardzkim Zwierciadle
Pozdrawiam i przepraszam Rachel
środa, 31 grudnia 2014
IX Konsens Nonsens
Była niedziela najnudniejszy dzień tygodnia. Leżałam na podłodze nogi mając na stole. Bawiłam się kawałkiem wełny ze swetra babci, ostatni prezent gwiazdkowy od prababki. Peggy Carter była matką mojej babci. Słaba z niej babcia, nie dzwoni, nie pyta o mnie, nie interesuje się mną. To silna, ale i umęczona kobieta przed stówką za 4 lata zaliczy pełną liczbę. Podziwiam ja, dożyć do takiego wieku i jeszcze chodzić od czasu do czasu. Spojrzałam na sufit ,nie był zbyt okazały a mogłabym przysiąc, że malowałam go jakiś czas temu wraz z panem Smithem z pod 5b. Były na, nim plamy od komarów i innych dziwnych substancji. Czasami miałam wrażenie, że w tym domu grawitacja działa na odwrót i wszystkie plamy zamiast trafiać na tą klejoną nieszczęsną podłogę trafiają na bieluśki sufit. Potem spojrzałam na to stare zakurzone pianino potrafiłam grać jednak coś mnie hamowało, pamiętam, że kiedyś zawsze grałam z Harrym, grał całkiem nieźle jednak to nie, to samo. Zawsze, gdy patrzałam na ten kawał ciemnego drewna czułam się samotna, żałuję, że niektóre sprawy nie potoczyły się, inaczej, że nie miałam szansy nigdy być naprawdę szczęśliwa. Podobno nic nie dzieję się bez przyczyny, musi mieć rolę, jaką podarował mu Bóg z biegiem czasu zaczęłam uważać, inaczej, „ Boga nie ma a życie jest do dupy”, cytat mojego ulubionego cynika Gregorego House.
Zauważyłam, że samotność mi szkodzi. Dziadek zdążył wrócić do domu i czym prędzej, gdy tylko zaczął się Mahjong pobiegł, a raczej pokuśtykał na kilka rundek w śród starszych samotnych jego zdaniem „uroczych” pań. Cały dziadek te jego teksty rozbroiłyby nie jednego człowieka. Jęknęłam głośno i położyłam nogi na dywanie. Stary szyty dywan zdawał się już nie być tak kolorowy, jak kiedyś. Pamiętam, że lubiłam się tarzać w dywanach typu shagy i mięciutkich z takim delikatnym szyciem.Słońce się uwzięło i koniecznie chciało się wcisnąć do tego mrocznego pokoju. Doczołgałam się do firan i odchyliłam je lekko. Nagły powiew zimna i świeżości oraz masy światła uderzył we mnie jak tym przysłowiowym młotkiem. Zorientowałam się, że leżałam tak bez ruchu około trzy godziny, zaczynałam robić się, jak ten rudy kot z komiksów, Garfield. Tyle, że on bez ruchy mógł przeleżeć z trzy dni a bym chyba prędzej zdechła niż nie ruszała się trzy dni. Nagle zadzwonił dzwonek jęknęłam jeszcze głośniej i skierowałam krótki zmęczony okrzyk w stronę drzwi. Moje oczy zmierzyły postać w ciemnej skórzanej kurtce.W tej części domu było ciemno, więc nic nie było widać, byłam pewna, że to dziadek, więc ponownie wróciłam do wylegiwania się na dywanie. -Jak tam karty, zarywałeś do pani Johnson?- Zaśmiałam się pod nosem i zamknęłam oczy. Zaległa głucha cisza, dziadek, by od razu odpowiedział, a nie milczał. To chyba nie dziadek, nie to nie on.Uchyliłam podkrążone powieki a moim srebrnym oczą przyglądały się inne niebieskie należące do tego samego osła spod 7a. -Marni wszystko w porządku nic ci nie jest?- Steve położył mi rękę na ramieniu i nachylił się do mnie.Miło, że jakiś facet często tak na mnie wpadał, ale, żeby zjawiać się, jak dżin prze de mną? To było dziwne.Z racji, że zajebiście nie chciało mi się wstać postanowiłam wykorzystać jego kapitańskie dupsko do położenia moich niewyspanych zwłok na kanapę. -Słabo mi chyba zemdlałam nie wiem... źle się poczuła i upadłam-Jęknęłam żałośnie chciałam być jak najbardziej wiarygodna. Jak na blondyna przystało oczywiście nie kapnął się, że kłamię. Może i ma te swoje mięśnie i śliczną buźkę, ale jest tępy jak cholera. Dziadek od razu pewnie wyczaiłby, że kłamię. -Zaniosę cię na kanapę, swoją drogą wybrałaś bardzo miękkie miejsce na omdlenie- Próbował zażartować jednak moja blada twarz nie wyrażała żadnych emocji a tak z innej beczki to tej całej obojętnej miny nauczyłam się od Wayne’a. Moja twarz zazwyczaj była nienaturalnie blada często używałam różu i innych rzeczy, żeby chodź trochę wyglądać na kolorów a, ale Jak na złość nie mogłam przybrać barw różowego. Rogers zamilkł i delikatnie mnie podniósł. Położyłam rękę na jego piersi i poczułam jak szybko i nienaturalnie bije mu serce. On serio miał jakieś problemy z kobietami, unikał ich jak ognia a rozmowa z nimi to był jakiś koszmar patrzę po swoim doświadczeniu. -Rany Koguta tak swoją drogą skąd ty się tu wziąłeś?- Nie powiem ciekawił mnie tan nagły wyskok królika z kapelusza. Kiedy tak na mnie patrzał to cały żołądek przekręcił mi się o 180 stopni. Nienawidziłam jak ktoś patrzał mi prosto w oczy a tym bardziej takim zmartwionym wzrokiem potrzebowałam czasu zaufania, by równie dobrze bez nienawiści patrzeć tak intensywnie w czyjeś oczy. PO mimo wszystko miałam wrażenie, że te oczy są dobre, że nie ukrywają zamiaru zabicia mnie przy najbliższej okazji. -Przyniosłem pudełko po ciastkach.Twój dziadek prosił mnie abym zrobił zawiasy w drzwiach podobno strasznie się zacinają- Spojrzał na podłogę. Nawet nie zauważyłam, że wciąż jestem na jego kolanach. Kiedy się zorientował oblał się rumieńcem i delikatnie położył mnie na granatowej kanapie. Nigdy jej nie lubiłam. Była twarda i niewygodna. -Pewnie miał na myśli drzwi od mojego pokoju, podejmowałam niegdyś samodzielne próby zrobienia coś z tym szajsem jednak nie doszłam do skutku. Miał wezwać fachowca, a nie . . . . Sąsiada z naprzeciwka –Przez głowę przemknęła mi myśl, że dziadek poprosił go o to celowo, no akurat jego. Przypomniało Mi się, jak mówił, że zeswatałby mnie i nawet z szympansem, byle żebym nie była sama. „Jesteś młoda, piękna, utalentowana i ustawiona, naprawdę nie wiem, w czym problem. Zeswatałbym cię nawet z szympansem, byle żebyś przesłała łykać te cholerne leki i ryczeć po kontach.” -Mówił coś o zawiasach, że się zacinają i w ogóle-Zaczął coraz bardziej kleić słowa, kiedy kliknął zamek w drzwiach. Zrobiło mi się lżej na duszy, kiedy w końcu mogłam uwolnić się od tego dekla. Uniosłam głowę z nad poduszek i zaczęłam przyglądać się staruszkowi zdejmującemu szary kapelusz i czarny płaszcz. Podniosłam się o wielkich bólach, kiedy zaczęłam odczuwać, że naprawdę robi mi się słabo i nie z powodu obecności Steve’a zaraz obok mnie. -Wybacz kochanie partyjka się i przedłużyła i... O witaj chłopcze jak miło, że wpadłeś. A ta znowu nie potrafi zająć się gośćmi.Aaro... To znaczy Marni poczęstuj Steve’a ciastem lub chodźby herbatą! Jak ty się zachowujesz, leżysz tu cały dzień i się nie ruszasz? Zaniku mięśni dostaniesz leniu jeden!- Tak myślałam ledwo , co wrócił i już zaczyna zrzędzić, to dokładnie w jego stylu. No cóż ma swój wiek i trzeba mu to wybaczyć. Odkąd babcia zmarła jest coraz gorszy a jego poczucie humoru wypar wyje jak kamfora. -To nic Panie Ray. Znalazłem ją na podłodze. Zemdlała. Pomogłem jej wstać niech leży wygląda na przemęczoną-„No gratulacje! Nic dziwnego, skoro sypiam 5-6 godzin.”Przewróciłam oczami, po czym opadłam na poduszki. Nic mi się już nie chciało miałam wrażenie, że zaraz zdechnę, Było mi niedobrze a jednocześnie słabo.Sama nie wiedziałam, co myśleć. Westchnęłam głośno i sięgnęłam po pilota. Dziadek zaprowadził sąsiada do drzwi mojego pokoju, pozostało mi tylko życzyć, im powodzenia. Niegdzie nic nie było, jak to w niedziele aż do momentu, kiedy trafiłam na widomości. „Koto podobny stwór terroryzuje New York”.Wybuchnę łam głośnym śmiechem i spojrzałam w sufit, rozumiem okradać i wystrychać wszystkich na dudka, ale, żeby od razu terroryzować? Hahaha robi się gorąco. Odkąd informacje o Panterze wypłynęły do mediów wszędzie jest o mnie głośno.Ludzie się boją o swój dobytek, o życie.Ja okradam tylko tych bogatszych nigdy biedniejszych cos jak „Robin Hood”. Przeleciałam jeszcze parę kanałów, kiedy nawet nie zauważyłam, że przysnęłam.
*Steve*
Kiedy Pan Ray objaśniał mi, na czym polega problem z drzwiami rzuciłem krótkie spojrzenie na ciemnowłosą jej głowa opadła na poduszki a oczy zamknięte, wyglądała zupełnie jak córka młynarza, z takim wyglądem zupełnie nie przypominała mi tej małej sekretarki od Wayne’a? Teraz była małą bezbronną dziewczyną leżącą bez świadomości na kanapie zupełnie niepasującej do wystroju pokoju. Większość rzeczy byłą raczej w starym stylu tylko, jak już mówiłem ta kanapa była od czapy, taka granatowa w oparciem falistym. Po wskazaniu mi miejsc do naprawy odszedł w stronę swojego pokoju, kiedy skończę mam się zgłosić. Przyklęknąłem przy starych zawiasach i nakropiłem je olejem, postukałem parę razy młotkiem i dokręciłem śruby. Tą samą czynność wykonałem na górnym zawiasie.Z zadowoleniem spojrzałem na swoją robotę sądząc, iż jest ona wykonana dobrze. Usiadłem na krześle i sięgnąłem po szklankę wody, jaką mi nalano. Moją uwagę przykuło zdjęcie a właściwie dwa. Na pierwszym była para, chyba małżeństwo, dziewczynka i siódemka chłopców ustawionych różnie.
Spojrzałem a ciemnowłosą dziewczynę wyróżniającą się srebrem oczu były identyczne jak u mężczyzny o lewej. Po dokładnej analizie zdjęcia wywnioskowałem, że to rodzice Marni i jej bracia.Ale ten mężczyzna z twarzy zdawał się być bardzo znajomy jednak nie potrafiłem dobie przypomnieć, gdzie go już widziałem. Miałem w głowie kompletną pustkę, wielką lukę, której nie potrafiłem wypełnić. Skąd ja mogłem znać ojca Marni, skoro smacznie spałem sobie w lodowcu. Na odwrocie było napisane „I nie ważne jak długo, by nas niebyło zawsze będziemy razem’ Gżack 1993.Gżack? Przecież ta mała miejscowość, z której pochodził Rubeus Anastas genetykiem, który pracował z Erskine’m. Tego pamiętam dobrze. Był niski, nosił okulary i miał podłużną twarz. Wyróżniały go szare oczy, które dość rzadko się spotyka. Już teraz wiem! Ojciec Marni był podobny do Anastas, ale to nie mogła być rodzina, inne nazwiska i w ogóle. Ale te oczy to musi mieć jakiś związek. Marni to bardzo tajemnicza i dziwna osóbka. Ma wiele tajemnic i bardzo trudno ją rozgryźć. Podejrzewam, że nawet Stark miałem problem z rozgryzieniem jej toku myślenia. Na drugim zdjęciu była o wiele młodsza i pełniejsza Marni. Na jej twarzy gościł uśmiech a na policzkach były rumieńce, wyglądała o niebo lepiej niż, odkąd pamiętam. Siedziała na kolanach bruneta o ciemnych oczach patrzącego w stronę ciemnowłosej. Rozpoznałem w mężczyźnie Osbaurne’a. Fury okazywał mi kiedyś akta niektórych przestępców, było tam właśnie zdjęcie Zielonego Goblina i Nowego Zielonego Goblina.To było strasznie wszystko skomplikowane, tyle pytań i żadnej odpowiedzi. Czy ona wiedziała, kim jest i co jej grozi? Czy wyszła za niego po mimo tego wszystkiego? Osbourne zginął trzy lata wcześniej, Marni mówiła, że jej mąż?.... Zmarł trzy lata temu. Jak już mówiłem wiele pytań i żadnej odpowiedzi? Rozejrzałem się po pokoju stawał się być taki jakiś bezosobowy. Białe ściany, zwykła ciemna szafa, małe biurko z trzema szafeczkami, laptop, moim zdaniem było tam za czysto. Nigdzie nie dojrzałem nawet jednego papierka czy kłaczka kurzu. Okna lśniły czystością, porcelanowa lalka spoglądała na mnie zza starannie ustawionych książek oraz stary, zwierzchniały pluszak, królik z coraz bardziej blednącym kolorem. Pościel łóżka była śnieżnobiała i nieskazitelna. Pokój sprawiał po prostu wrażenie jak, by nikt w, nim nie mieszkał. Z tego, co usłyszałem od pana Albusa pokój należał do Marni.Gdyby nie te zdjęcia na biurku pomyślałbym, że nikt z niego nie korzysta. Ponownie spojrzałem na zdjęcia na wyżej wymienionym meblu, jej uśmiech... Rozczuliłby nie jednego faceta. Trzeba Osbourne’owi przyznać trafiła mu się kobita. -To mój mąż Harry, o którym ci kiedyś wspominałam, no wiesz, wtedy na cmentarzu-Momentalnie odwróciłem głowę. Tuż za mną stała mała osóbka o ciemnych włosach. Jej wzrok spoczął na fotografiach pod oknem. Westchnęła głośno po czym stanęła obok mnie. Byłem w szoku, że nawet nie zauważyłem, że tu stała. Jak można się tak zakradać niczym... Kot. Przypominała mi najpierwszy rzut oka to Panterę, kocicę, która umyka każdemu. Marni to bardzo drobna i skryta kobieta, więc nic dziwnego, że jej nie usłyszałem, chyba. -Nieźle mu się trafiło... To znaczy musiał mieć naprawdę szczęście, żeby.... Trafić na taką dziewczynę jak ty-Zrobiłem się czerwony jak dorodny pomidor. Nie wiedziałem do końca czy powiedziałem to na głos jednak po jej zszokowanej minie zrozumiałem, że walnąłem straszną gafę. Spojrzała mi w oczy, po czym przysłoniła się usta ręką i zaczęła chichotać. Byłem pewny, że ten mały atak śmiechy jest wywołany barwą mojej twarzy. -Nie umiesz rozmawiać z kobietami... Zdecydowanie- Poklepała mnie po ramieniu –Chodź zrobię ci herbatę, z cytryną?, Czarna czy miętowa, a może malinowa?- Szybkim i zwinny krokiem wyminęła mnie i udała się stronę małej kuchni Tu już nie było tak biało i pedancko, nie żebym miał coś do czystości po prostu nie jestem aż tak przyzwyczajony
-Poproszę czarną-Usiedliśmy do stołu
i w dość niezręczne ciszy popijaliśmy herbatę. Marni zdawała się być jakaś nieobecna tak jak, by nie była d końca sobą. Wkrótce przyłączył się do nas pan Ray. Podał mi moją zapłatę jednak ja odmówiłem. Brać pieniądze za coś tak błahego? Nie to nie w moim stylu. Zresztą pomóc tak miłemu staruszkowi to nawet nie robota tylko obowiązek..Resztę popołudnia spędziliśmy rozmawiając i oczyszczając talerz z pysznego czekoladowego ciasta autorstwa nieprzytomnej Panienki Ray.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witam Wszystkich serdecznie w ten sylwestrowy wieczór.Czy to nie aby przypadek że ostatnio jak wstawiałam rozdział musiałam życzenia składać? no ok ok niech będzie.Wszystkiego najlepszego w nowym roku. Postępowych postanowień noworocznych,dużo szampana i nie pływających w słoików palców przez petardy (Pozdrawiam Szymona) no i oczywiście dobrej zabawy jak i weny.Doceniam każdego czytelnika jednak najwierniejsi to są takie asy co zawsze czytają ;D Jako że zrobiłam małe sprawozdanie z bloga osobami którym chcę podziękować za:wspieranie mnie,byt pod rozdziałami i mądrymi często przydatnymi radami są :Acheza , Natsuko Kirschtein oraz Twój Szatan ."Serdecznie wam dziękuje.Doceniam to że jesteście dlatego i ja szanuje waszą twórczość"
Pozdrawiam Rachel Octavia Aarone House
środa, 24 grudnia 2014
Kraina Oz Lupin czyli CHRISTMAS SPECJAL!
Bohaterowie opowiadania "Kraina Oz Lupina"
Mijała kolejna godzina, kiedy Lupin gadała ze swoimi Friendami na Team Speaku 3.Szymon jak zwykle zgrywał wszech wiedzącego a Marta i Tomek lekko zirytowani starali się wytrzymać do końca monologu młodszego kolegi. Lupin stwierdziła, że ma jednak ciekawsze rzeczy do roboty i spojrzała w stronę do tej pory nie ułożonych puzzli. Natychmiast się przekręciła na plecy i skrzywiła z myślą, że za cholerę nie ułoży ich do wieczora. Jak na gimbusa przystało brunetka ponownie przewróciła się na brzuch i włączyła TS3.Deszcz padał coraz bardziej uderzając w szybę pokoju dziewczyny. W większości jej rozmyślania krążyły w Okół nieistniejącego śniegu, który w końcu mógł, by zacząć łaskawie padać. Nie obraziła, by się nawet, gdyby wiał wiatr z tym padającym śniegiem. Może święta były, by bardziej interesujące tego roku. Nigdy nie lubiła zbytnio świąt. Często musiała zostać na wigilię w domu co nie bardzo jej się podobało. Niechęć do miejsca, w którym mieszkała potęgowało to jeszcze bardziej. Ostatnie święta spędziła u cioci. Byli jej kuzyni, babcia ,chrzestna a Nawet ciocia z Niemiec, takie święta jej odpowiadały. Nie musiała się martwić, że ktoś na nią zacznie wrzeszczeć, bo obraziła siostrę czy nie pomoże w rozłożeniu talerzy.
-„Miła świąteczna atmosfera w gronie rodzinnym czegoż więcej chcieć?”-Zapytała się sama z ironią w głosie. Nagle głos z telefonu „Connekcion Lost” oświadczył, że ojciec ponownie nie może włączyć Allegro i wkurzył się ma wszystkich z tego powodu. Tak, te Internety z Mozambiku ehh co zrobić. Można, by ją nazwać wróżbitą Maciejem, bo niecałe trzy minuty później w drzwiach stanął jej ojciec z rozkazem oddania mu telefonu. Na pół żywa dziewczyna wręczyła szanownemu rodzicielowi Alcatela i ponownie opadła na poduszki-„U dziadka każdy ma zasrany Internet z Petrusa i nikt nie narzeka ”-Warknęła sama do siebie. Całą tą scenę z komody obserwował Prince-świnka morska Lupina ,jego przyjaciel Chobi padł ofiarą molestowania przez młodsze siostry na pół zdechłej dziewczyny potocznie(przez nią zwanych) idiotkami do potęgi n- tej. Świnka uważnie wlepiała swoje czarne oczy w swoją zmęczoną życiem właścicielkę. Prince miał nie całe pół roku, więc często zdarzało mu się słuchać narzekań Lupin na cały świat. To na szkołę, to na małą ilość komentarzy na blogu, a to na rodziców. Dochodziła dwudziesta dołu dobiegł ją wrzask oznajmiający, że jest kolacja wigilijna jak zwykle. Szkoda było wszystkim nóg, żeby podejść i grzecznie oznajmić szanownej Lupin, że jest kolacja. Brunetka nie bardzo chciała zejść na dół i gapić się na żarcie cały wieczór i nie tylko. Coś przeczuwała, że dzisiejszy wieczór po mimo swej nieistniejącej magii zostanie przerwany z jakiegoś powodu. Znów ktoś wymyśli oskarżenie w jej stronę z błahego powodu. Niczym duch cicho zeszła po schodach i zasiadła do stołu. Siostry jak zwykle zachowywał się, jak zwierzęta a rodzice udawali, że nic się nie stało. Standardowe święta w domu.-„Równie dobrze mogli mnie zamknąć w pudle, a nie kazać mi tu siedzieć” -pomyślała. Zimny dreszcz przebiegł po jej plecach. Wyobrażało sobie, jak siedzi na kanapie u cioci i rozmawia z Karolem o dupie Marynie. Wolała to niż całkowite wykluczenie ją z kręgu rozmów .Nałożyła sobie sałatki i zaczęła ją wolno przeżuwać. Bogdan jak zwykle siedział pod stołem przygotowany na swoje artystyczne łapanie żarcia w powietrzu. Lupin uśmiechnęła się pod nosem i „Przypadkiem” strąciła jedną z parówek na podłogę .Czarna wersja krzywołapa natychmiast ją porwała i popędziła w kierunku salonu. Nagle telefon zawibrował ,Marta napisała, żeby wejść na ts, bo mają zebranie. Lupin przypomniała sobie o poczerwieniałym ze złości ojcem, który nie ma znowu ma pretensje, że za dużo gada. Ostatecznie postanowiła tego uniknąć i olała esemesa. Niezauważona wymknęła się z kuchni i zamknęła się w pokoju nie czekając nawet na prezenty z góry wiedziała, że nie ma tam nic innego niż słodycze.
-I co się lampisz? –Rzuciła w stronę czarnego zwierzęcia na komodzie. Wywróciła oczami, po czym ponownie spojrzała w okno. Nic prócz ciemności za, nim nie było.
-Jesteś beznadziejna wiesz?- Melodyjny głos sprawił, że Lupin wierzgnął nogami i natychmiast zaczął obracać głowę we wszystkie strony w nadziei, że znajdzie jego źródło. Była pewna, że to któreś z rodzeństwa robi sobie żarty, ale ty było mało możliwe, ponieważ siostry jak i rodzice wciąż byli na dole i jedli bożonarodzeniową kolację. Jej zielono-niebieskie oczy zwróciły się w stronę zwierzęcia po lewej.-Tak do ciebie mówię ciemna maso. Żebyś chodź raz wsypała mi tego żarcia całą michę to bym nie narzekał, ale, że pół? O proszę cie! To jest dramat . . .-Opadła jej szczęka .Jej świnka morska, która szanownie miała ją w dupie w końcu przemówiła. To przeczyło logice przecież! Świnka oparła się i pręty swojej klatki i ponowie wbiła swój wzrok w będące w bezruchu oczy Lupina. Dziewczyna zaniemówiła to, co widziała było tak nie możliwe, jak latające świnie czy skarb irlandzkich ludków. Zwanych Leprikonami. Powolnym krokiem zaczęła wycofywać się do tyłu wciąż patrząc w czarne oczy świnki-Ej, gdzie leziesz?! Wracaj! Jeszcze z tobą nie skończyłem . . .
-Świnki morskie nie gadają to absurd! Samotność naprawdę mi nie służy
-Jest jak to wy ludzie mówicie „Wigilia” dzień, w którym zwierzęta mają prawo nawrzeszczeć ta na takich bezmózgowców jak ty . . . –Świnka zmarszczyła brwi i przechyliła głowę lekko w lewo. Było widać, że się zirytowała. Brunetka wciąż stała pod ścianą i nie dowierzała całej sytuacji. Starała się uwierzyć w to, co słyszy, ale teraz graniczyło to z cudem.
-Ty . . . ty . . . jak? Ty wiesz . .
-Wszystko o tobie. Przez 4 miesiące jak jestem tutaj nie widziałem dziwniejszego człowieka. Całe wieczory oglądasz te filmy z jakimś blondwłosym gościem co ma taką wielką tarczę i tańczy jezioro łabędzie. Widziałem jak się ślinisz i wzdychasz do obrazu w laptopie. Uwierz, że z perspektywy takiego gryzonia jak ja wygląda to naprawdę komicznie-Błysk zębów trzonowych Prince’a mówił wszystko za siebie. Dziewczyna zrobiła się czerwona ze wstydu. Przez ostatnie cztery miesiące była obserwowana przez chamską Świnkę morską! w dodatku cholernie wredną świnkę morską . . .
-Jesteś gorszy niż mój ojciec-Stwierdziła siadając na krześle. W miarę oswoiła się z sytuacją, że bawi się w Doktora Dolittle. Podeszła do klatki i otworzyła drzwiczki. Usiadła tym razem na łóżku koło komody. Prince zaraz z tego skorzystał i przeniósł się na łóżko.
-Ja bym swoim dzieciom nie zabierał płaskich świecących urządzeń-Świnka ponownie błysnęła zębami spoglądając na zrzedłą minę właścicielki. Wdrapał się na szczyt jej kolan. Lupin uśmiechnęła się pod nosem patrząc jak czarnuch próbuje nie zlecieć z jej kończyn.
-Chcesz mnie podręczyć ciętymi żartami na temat mojej niespełnionej miłości czy antyspołeczności?- Lupin spojrzała na pocztówki, które dostała od Marty i Szymona, a potem przypomniała sobie, jak, to by było miło żyć w świecie Marvel’a.
-Jako twój zwierzak mam pewnego rodzaju obowiązek pocieszyć cię w trudnych chwilach. Co prawda nie należę do typów super pocieszaczy czy coś tego rodzaju, ale staram się, jak mogę, więc . ..-Prince nie skończył mówić, gdy ż Lupin podniosła go z kolan i przytuliła do siebie. Głaskał świnkę lekko po głowie.
-Wystarczy, że jesteś. Uwierz mi na słowo, że i tak jesteś lepszy niż co niektórzy. Może kiedyś się do ciebie przyzwyczaję, znaczy się przyzwyczaiłam się, ale nie do tego, że zwariowałam i gadam z chamską świnką morską, która ma mnie na niepoprawnego romantyka.-To lepsze, iż jak ty to ująłeś wzdychać do ekranu. Ale nie mów on jest strasznie seksowny- Lupin wraz z Prince’m wybuchnęli śmiechem w miarę możliwości świnki morskiej.
-Osobiście wolałem tego zielonego z długimi czarnymi włosami co tak docinał gościowi z młotkiem on był lepszy –Lupin ponownie wybuchnęła śmiechem i potargała świnkę po włosach na mordce.
~*~
Lupin nakładała sałatę na chleb orkiszowy i podsunęła go Prince’owi. Świnka od razu zaczęła konsumować prawie, że w niewidocznym stopniu, ale jednak. Ona sama nałożyła sobie ser i szynkę na kanapkę. Teraz, gdy była w kuchni zupełnie sama z gadającą świnką morską nie musiała się krępować. -No proszę proszę kogoż to wschodnie wiatry nad parterowe przywiały ,Prince we własnej osobie. Lepszego deseru po kolacji nie mogłem sobie wyobrazić. Lupin od razu pochyliła się w stronę lekceważącego głosu. -Powinienem ci podziękować, chociaż ktoś obdarował kotka świątecznym prezentem i oddał mu swoją parówkę-Z mroku salonu zaczęła wyjawiać się postać zacnego Czernego perskiego kota ze złotymi tęczówkami.
-O boże nawet kot? Co to za dzień?- Zrezygnowana Lupin spuściła głowę, która wylądowała wprost na kanapce z szynką. Rzeczona szynka przyczepiła się o czoła brunetki a Prince zaczął tak śmiać, że aż przesadnie. Zaś Bogdan zgranym znakiem znalazł się obok brunetki i głębokim głosem rzekł:
-Panienka pozwoli-Kot zaczął lizać czoło dziewczyny tak, że efektem końcowym była ślina kota na jej czole i wędzone mięso w żołądku kota.
-Ble! Nigdy więcej tego nie rób-Lubin natychmiast sięgnęła po papierowe ręczniki zaczęła wycierać zwoje śliskie czoło Bogdan niczym kot z opowiadania „Alicji w krainie czarów” zrobił obrót i wyszczerzył się. Prince wywrócił oczami. Nim Lupin się zjarzyła do kuchni wszedł Max( Coocker Spaniel) z Chobim na czubku swojej głowy.
-Jest już gotowa? Nie mam całego dnia!- Chobi z irytacją godną podziwu jęknął nieznacznie patrząc na swojego o trzy lata młodszego towarzysza. Młoda świnka ześlizgnęła się ze stołu i wylądowała na karku Bogdana.-Mam nadzieje, że wasza dwójka będzie spokojna. Tak zgadza się Prince, mówię do ciebie.
-No dobra dobra nadajesz o tym jakieś ćwierć wieku a jak na nast. Do cholernie długo . . .
-Prince!
-Sorry papciu
-Ja ci dam papcia ty młokosie
-Zamknąć paszcze, bo zrobię z was filety! -Max warczał nie na żarty najpierw spojrzał na Świnkę, która zginęła w puchatych włosach persa, a następnie zakręcił głową aby i starszy z towarzyszy zrozumiał przekaz--A teraz Natalio zamknij oczy i złap się mojego ogona trochę się przejdziemy.-Niezbyt przekonana do tego pomysłu Lupin po ubraniu się w zimową kurtkę złapała zwierzaka za ogon i pozwoliła aby ją prowadził .Poczuła zimno, tak zdecydowanie szli przez podwórko jednak po chwili zaczęło robić się cieplej i znów zimno. Odniosła wrażenie jak coś miękkiego i zimnego muska jej policzek
-Śnieg- Stwierdziła po chwili. Kot siedzący na jej kolanach oraz Prince przytaknął. W pewnej chwili Maximilian poprosił aby usiadła na sanki. Czyżby tu padał śnieg? Gdzie jesteśmy?.Pytania nasuwały się jej same. Dziwne było dla niej to, że jej mały chucherkowaty pies daje uciągnąć rade sanki z nią ,Bogdanem oraz Prince’m i Chobiczkiem.
-Jesteśmy- Zadowolony głos Psa oznajmij dziewczynie, że może otworzyć oczy. Jej oczom ukazał się przepiękny obraz. Ścieżka z żółtej kostki przykryta częściowo puchatym śniegiem. W Okół rosły nie wielkie sosenki przystrojone lampkami, bombkami i innymi światełkami. Nigdy wcześniej brązowowłosa nie widziała takiego krajobrazu
-Gdzie jesteśmy-Spytała prawie szepcząc. Nie potrafiła się nadziwić cudowi świątecznemu jaki właśnie obserwowała swoimi niebieskozielonymi tęczówkami.
-Witaj w krainie Oz miejscu, gdzie raz do roku można tak cudnie spędzić święta! Bez zmartwień i obaw! I twoich niebezpiecznych sióstr.- Chobi usiadł na krańcu sanek i oparł malutkie czarne łapki na poręczy. Westchnął i krzyknął po chwili do Maxa- Ey stary ona chyba idzie pieszo-Świnka zaśmiała się i spojrzała w stronę uśmiechającej się dziewczyny wciąż oglądającej cuda Oz. Kiedy zwierzaki wesoło rozmawiały a Prince i Chobi ponownie zaczęli dyskutować uwagę dziewczyny przykuł mężczyzna siedzący na ławce. Był piękny. Na głowie miał koronę a ubrany był w ciepłe szaty. Miał czarne krótkie lekko kręcone włosy i zielone oczy. Kiedy tylko zobaczył czarnego psa zerwał się na krótkie nogi i popędził jego stronę.
-Maximilianie jak miło cię znów zobaczyć! O Panie Chobi widzę zdrowie dopisuje, Witaj,ty pewnie jesteś Prince, twój przyjaciel wiele mi o tobie mówił o i widzę nawet Bogdan postanowił z wami przybyć.
-A jak, że Tom
-A kim jest ta olśniewająca piękność przyćmiewająca urodą boginie Olimpu?
-To Natalia, ale mówią na nią różnie, Lupin, Rachel Octavia Aarone House albo V jak to woli-Mężczyzna pocałował onieśmieloną dziewczynę w rękę i spojrzał jej oczy. Lupin poczuła jak robi się cała czerwona na twarzy.
-Kłócić to się ze wszystkimi umie a teraz to jej języka w gębie zabrakło-Prince, który zirytował się zaistniałą sytuacją postanowił przenieść się na początek sań obok swojego starszego towarzysza.
-Ile razy ci mówiłem żebyś trzymał dziób na kłódkę
-Ble mle le, pogadaj sobie z moją łapą- Chobi wywrócił oczami i ponownie spojrzał jak Tom splata rękę z ręką Swojej właścicielki.
-Jestem Książę Tom Hiddelston i zmierzam do świętego mikołaja. Czy zrobisz mi ten zaszczyt i udasz się ze mną oraz pozostałą dwójką moich przyjaciół do domku z piernika ?-Lupin zatkało. Nasunęła jej się bajka o trzech psach, które reprezentowały monety. Mały pilnował miedziaków, średni srebrników a wielki złota. Jeśli wszystko jest tak jak myśli to kolejny powinien pojawić się Chris Evans a Po, nim Theo James. Oczywiście były to jedne wielkie zgadywanki. Te wydarzenia przypominały jej historię krainy Oz o, które niegdyś oglądała z sexownym Jamesem Franco w roli głównej. Max pociągnął saniami a Prince , Chobi i Bogdan o mało nie wylecieli z sań.
-Uważaj jak Biegiesz psia Łajzo!- Kot najeżył się i wbił paznokcie w drewno. Cała szóstka ruszyła zaśnieżoną drogą z żółtej kostki tam, gdzie prowadził ich Tom. Ciągle się uśmiechał i opowiadał, o co chce poprosić mikołaja.
-Każdy może wybrać tylko jedną rzecz. Ja chciałbym przyjaciela, z którym mógłbym ruszyć na łowy o poranku. -Westchnął Tom patrząc na Zamyśloną Lupin. Po chwili zobaczyli drugiego mężczyznę poprawiającego coś na jednej z choinek. Był wysoki i umięśniony. Można, by uznać, że Lupin jest wróżbitą Maciejem. Przed nimi stanął sam Chris Evans.
-Witajcie przyjaciele miło was znów zobaczyć, to, jak idziemy? Wkrótce zabłyśnie pierwsza gwiazdka. A potem możemy udać się do mojej gospody na kolację wigilijną. Ach, panienko chyba się nie znamy jestem .
-Pewnie . . .Wiem jesteś Chris Evans i też zmierzasz do świętego mikołaja.-Dziewczyna prawie stykała się czołem z mężczyzną, który często śnił się jej po nocach jak i Tom i Theo, ale to inna historia. Nogi jej miękły na policzki zrobiły się czerwone jak dorodne pomidory.
-Książę Chris Evans, ale dla ciebie Chris
-Ekhem ,musimy ruszać, jeśli chcemy zdążyć przed pierwszą gwiazdką-Tom chrząknął teatralnie .Blondyn od razu puścił Lupin i poszedł porozmawiać z Maxiem. Zapatrzona w krajobraz Lupin nawet nie zauważyła, że jej strój diametralnie się zmienił Z ciemnej granatowej kurtki i czarnych legginsów na niebieską suknie z białym bolerkiem i pantofelkami. Uśmiechnęła się sama do siebie i pobiegła do przodu co jakiś czas robiąc piruety i śmiejąc się pod nosem. Nigdy taki wesołych świąt nie miała .Śmiech gościł na jej twarzy. Nie minął kwadrans z na rozstaju dróg stał mężczyzna. Miał czekoladowe krótkie włosy i ciemne oczy.
-Amanda! Krzyknął w stronę Lupin, która rozpoznała w, nim psa pilnującego złoto-Theo Jamesa. Chłopak podszedł do niej podniósł ją i namiętnie pocałował w blade usteczka. Mimo, że brunetka nie znała go osobiście to z chęcią oddała pieszczotę. Czuła jak miłe ciepło oblewa jej ciało. Nagle naszła ją ochota, że nie chce, żeby skończyło się na pocałunku. Pogłaskał jej głowę i przytulił do siebie-Amando, ile to już lat?- Przydługa sukienka dziewczyny dotykała drogi z żółtej kostki w przeciwieństwie do jej nóg.
-Obawiam się Książę Theo, że pomyliłeś naszą Natalię z kimś innym-Bogdan wdzięcznym krokiem zbliżył się w stronę mężczyzny wciąż tulącego do siebie niską dziewczynę.
-Jak to? Przecież to Amanda kobieta, z którą nie widziałem śnie przez 36 księżyców!- Theo puścił Natalię, która lekko zdziwiona całym zajściem jak i w środku swojego chorego mózgu rozkoszowała się wciąż swoim pierwszym pocałunkiem w życiu.-Wybacz Natalio pomyliłem cię z kimś kim nie jesteś. Po mimo wszystko jesteś bardzo piękna- Książę James uśmiechnął się do Lupin, która wciąż patrzała na niego jak zahipnotyzowana. Po chwili potrząsnęła głową i spojrzała na Bogdana, który opierał się łapami o ej nogę. Podniosła go do góry i wraz z pozostałymi ruszyli drogą z żółtej kostki.
-Wiesz co Bogusiu? Idę z trzema najseksowniejszymi gośćmi oraz zwierzakami, których nigdy nie doceniałam po drodze z żółtej kostki otoczona przystrojonymi drzewkami do mikołaja a drogę wskaże mi pierwsza gwiazda. To jest chore, ale po, mimo że nie wiem, czy to sen to mi się podoba.- Lupin przycisnęła puchatego kota bliżej siebie i pocałowała go w jego płaską głowę.
-Wiesz biorąc pod uwagę, że ze mną gadasz i jesteśmy w krainie Oz to albo zwariowałaś albo śnisz
-Czyli to się nie dzieje naprawdę?
-Ty musisz zdecydować-Czarny pers zeskoczył z ramion dziewczyny i pobiegł w stronę Toma. Ciemno włosa na chwilę się zatrzymała. Przecież widziała jak jej świnka w jej własnym pokoju zabiera głos i robi sobie z niej jaja. Ale, z drugiej strony mógł mieć racje, mogła sobie wszystko zmyślić i dość do wniosku, że nie ma poukładane w głowie. Bez względu, czy to fikcja, czy to sen nie chciała tego przerywać chciała trafić do mikołaja. Po chwili jej głowę napadło kolejne pytanie-Czego chcieć od mikołaja?
-Tego czego naprawdę pragniesz najbardziej w świecie-Na to pytanie niezwłocznie odpowiedział jej Chobi. Świnka morska zdawała się, jak, by słyszeć jej myśli. Był jej drugim zwierzątkiem zaraz po tym jak zdechła Chobia- Pierwsza świnka morska Lupin. Potem kupiła Chobiczkowi przyjaciela aby nie czuł się samotny. Max towarzyszył jej jakieś 5 lat a Prince nie całe 4 miesiące. Kochała ich wszystkich byli dla niej otoczką, która dawała jej szczęście.
-Nie wiem czego najbardziej pragnę . . . a czego ty byś chciał?- Dziewczyna rzuciła śwince pytające spojrzenie. Liczyła, że jej pomoże w wyborze.
-Szczerze? To chciał bym moją Chobię z powrotem albo kilka lat mniej-Brunetka zobaczyła jak w Okół czarnego oczka Świnki zakręciła się Łezka. Lupin przeżyła to tak samo, jak on, kto wie czy nie gorzej. Płakała wiele nocy. Do tej pory, gdy myśli o tej wychudziałej rudej śwince ma ochotę się rozpłakać.-Wybierz mądrze Natalio, więcej możesz nie mieć okazji-Przez głowę pisarki myknęło wiele próśb. Chciałaby, żeby jeden z tych przystojniaków był jej chłopakiem ,żeby świnka wróciła do żywych ,żeby jej książki w przyszłości odnosiły sukces ,żeby jej talenty artystyczne były docenione, żeby w końcu mogła się uwolnić od trzymających ją na ziemi problemów. Wiele tego było, ale żadna z nich nie przeważała jakoś bardzo, inaczej ,była daleko.
-RATUNKU! Pomocy on mnie zeżre na pomoc!- Wszyscy popędzili w stronę głosu wołającego pomocy. Lupin szybko przeskoczyła przez kłodę i najszybciej dostała się do małej małpy ze skrzydłami w ubraniu hotelowego boya?! Nie wytrzymała i wybuchnęła śmiechem-Z czego się śmiejesz pomóż mi!- Lupin zerwała pnącza oplatające małpę i szybko ją wydostała z opresji.
-I co trzeba było się tak drzeć? To były zwykłe pnącza haha boidupa z ciebie małpo-Dziewczyna zaśmiała się pod nosem obserwując jak małpa się odwraca i pokazuje palcem w stronę wielkiego zwierza.
-Nie o pnącza chodziło PATRZ!- Dziewczyna momentalnie wrzasnęła i próbując się nie potknąć biegła z latająca małpą trzymając ją pod pachą. Przeszła po starym pieniu na drugą stronę przepaści. Lew zrobił to samo. Był wielki i potężny jak i drapieżny. Nie udało u się przeskoczyć ,zahaczył jedynie pazurami o błękitną powiewającą suknie Lupin, która wraz z małpa darli mordy i ściskali się nawzajem. Lew wpadł w przepaść i tyle go widzieli.
-Rany jak mam ci dziękować księżniczko ty moja piękna? Swoją drogą, jestem Franek.
-Lupin, to znaczy Natalia, to znaczy Rachel Octavia Aarone House albo V jak, kto woli- Dziewczyna zrobiła się czerwona i uśmiechnęła się do ciemnookiej małpki.
-Pozwól tak, że będę mówił ci Lupin dobrze? A bym zapomniał, jako że uratowałaś mi życzenie jestem zobowiązany spełnić jedną z twoich próśb
-Pozwól Franku, że się zastanowię okay? W ogóle jak ty się tam znalazłeś?
-Leciałem do świętego mikołaja poprosić o prezent, kiedy to zahaczyłem o gałąź i upadłem. Potem zaplątałem się w te pnącza i utknąłem, a następnie pojawił się ten lew i i i resztę już znasz.
-Tak się składa, że my też idziemy do świętego Mikołaja. Pozwól, że się przedstawię. Ja jest Bogdan tych dwóch to Chobi oraz Prince ten tu to Max, a to trzej królowie Tom, Chris i Theo, Lupin już poznałeś- Bogdan wystąpił przed szereg i przedstawił resztę.
-Franek miło mi-Małpa przywitała się ze wszystkimi po czy wszyscy gadając o czym zawzięcie ruszyli drogą z żółtej kostki.
~*~
Droga zdawała się mijać tak szybko, że, zanim się obejrzeli zobaczyli dym z komina i światła.
-Hej ekipa patrzcie tam!- Prince podskoczył wesoło prawie zlatując z sanek.
-To dom świętego mikołaja? Wygląda trochę, inaczej niż ten w książkach.-Lupin spoglądała na dom Świętego tak jak, by to było coś dziwnego. Przecież zawsze się gadało o takich rzeczach, w klasach 1-3 malowało się nawet podobizny. Był to dom z czerwonej kostki przystrojony lampkami i różnymi ozdobami. Max w raz z Bogdanem i Morskimi wyślizgnęli się przed szereg i pobiegli szybciej.-Wyobrażałam to siebie całkiem inaczej-Lupin westchnęła z podziwu już któryś raz z rzędu dzisiaj Nagle zobaczyło obok siebie stojącego Theo
-Pocieszę cię Natalio, ja też. Byłem pewny, że to jakaś wielka willa widniejąca z kilometra, a to zwykły drewniany domek z szopą nieopodal- Książę rozejrzał się w Okół oglądając wszystko uważnie. Lupin czuła się dziwnie w jego towarzystwie, miała motyle w Brzuchu.
-Theo?
-Tak?
-Masz dziewczynę?
-A ty chłopaka?
-Chłopcy nie gadają z kimś, kto sieje popłoch swoją odwagą przeciw, nim
-No co ty. W tej sukience wyglądasz tak ślicznie, że nie byłbym w stanie pomyśleć, że jesteś takim agresorem . .AŁA- Rozdrażniona, ale i rozbawiona kostkami od paliczków wycelowała w ramię ciemnowłosego. Uśmiechnęła się do niego i pobiegła za resztą. Theo uśmiechając się prawie niewidocznie pokręcił głową i dołączył do pozostałych. Franek uchylił lekko drwi i drżącym głosem spytał:
-Jest tu kto?- Odpowiedział, im basowy śmiech i okrzyk, żeby weszli. Wszyscy wchodzili gęsiego a Lupin na końcu. Na bujanym fotelu obok kominka siedział on. Gruby mężczyzna z kręconą białą jak bożonarodzeniowy niego brodą i wesołymi niebieskimi świdrującymi oczkami. Obok przybyłych przemknęła kobieta w średnim wieku w fartuchu kładąc ciastka, mleko i szklanki na stole.
-Proszę moje dzieci rozgośćcie się. Przebyliście długą drogę aby do mnie dość i zdążyliście nawet przed pierwszą gwiazdą!- Mikołaj wskazał na świecący na niebie jasny punkt. Wszyscy podeszli do okna. Przez chwile nastała cisza, słychać tylko było wesołe trzaskanie płomieni w kominku.-A, więc, czego życzycie sobie od mikołaja? Może zaczniemy od tych najmniejszych. Mikołaj sięgnął po małą świnkę morską.
-O o ja bym chciał . . . chciałbym, żeby Chobi był moim przyjacielem na zawsze-Mały zwrócił głowę ku starszemu koledze, który rzucił mu pełne dumy spojrzenie.
-Wiesz Prince myślę, że Razem z Chobim postaramy się aby twoje życzenie się spełniło mały. Wiesz przyjaciół nie zdobywa się z dnia na dzień przyjaźń jak kwiat trzeba pielęgnować aby nie zgnił czy usechł nigdy niczego za wiele ani za dużo-Święty puścił oko do rozety siedzącej na kolanach Toma.
-Dzięki święty! To znaczy święty mikołaju-Mikołaj podniósł Chobiczka z kolan chłopaka.
-Proszę cię o jedno przywróć mojej oblubienicy życie albo daj i silę na kolejne lata abym wytrzymał z tym brzdącem
-Mój kochany, rozumiem twój ból jednak nie jestem bogiem i nie mogę przywracać do życia, jednakże jesteś bardzo silny i cierpliwy wystarczy, że odnajdziesz w sobie siłę. Masz potencjał, zawsze go miałeś i masz go tu w twoim małym świnkowym serduszku ja mogę jedynie posłużyć ci radą, pamiętaj o tym
-Dziękuje mikołaju-Chobi zajął miejsce obok Prince przy kominku -Mikołaj machną ręką w stronę kota, który nieśmiało miał zamiar albo nie miał zamiaru kroczyć w jego stronę. Usadowił się na kolanach mikołaja i wbił w niego swoje złote tęczówki.
-Poproszę o legowisko abym mógł w długie zimowe wieczory razem ze swoimi właścicielami a raz z przyjaciółmi spędzać czas-Jak na Bogusia przystało prośba była materialna.
-Drogi Bogusiu, kiedy wrócisz do domu przed kominkiem będzie czekać na ciebie wielki kosz z poduchami w środku z twojej ulubionej barwie co ty na to?
-Mrrrr dziękuuuuuje miiikołaju- Pers dumnym krokiem powrócił na kolana Chrisa wbijając wzrok wciąż zamyśloną brunetkę.
-Maximilianie a czego ty byś chciał od takiego staruszka jak ja?
-Wiesz co mikołaju? Ja bym chciał, żeby ten tam futrzasty co siedzi na kolanach księcia Chrisa zaczął w końcu mnie szanować
-Wiesz myślę, że powinniście pogadać. Jesteście w stanie obalić stereotyp, że pies z kotem nie może się dogadać. To zwykła bzdura! Jeśli otworzycie serca jesteście w stanie dojść do porozumienia jak i nawet kiedyś zostać przyjaciółmi. Myślę, że wystarczy szczera rozmowa w gronie najbliższych-Max Liznął mikołaja i wrócił przed kominek kładąc się obok „Braci” Morskich.
-Tom?
-Przybywam z prośbą dość nie typową. Zawiodłem się na ludziach już tyle razy, że zaczynam wątpić czy znajdę takiego przyjaciela, wiernego i takiego, który dotrzyma mi towarzystwa i pocieszy w wolnych chwilach
-Myślę, że możemy temu zaradzić-Mikołaj odwrócił się i sięgnął za swoje plecy. Podał Tomowi Młodego szczeniaka z razy psów myśliwskich-Jestem pewien, że on będzie odpowiedni.
-Dziękuje ci
-Chrisie Evansie a z jaką prośbą ty przybywasz?
-Ojciec twierdzi, że na ożenek już czas jednak nigdzie nie mogę znaleźć nie napuszonej, nie malującej się nie lecącej tylko na moje pochodzenie oraz dobytek mężatki. Wskaż mi drogę o wszechmocny, gdzie mam szukać.
-Rozejrzyj się w Okół tych najmniejszych. Idź w miasto przebierz się za jednego z nich, Istnieją damy, które kochają sercem nie oczami, uwierz mi synu, że jest tam ich wiele wystarczy tylko otworzyć umysł i serce na nowe perspektywy. Wystarczą jedynie chęci książę Evansie
-Dzięki tobie mądry nestorze
-Theo a ty z czym do mnie przybywasz?
-Zawsze chciałem poznać kogoś, kto będzie śmiał się ze mną nie ze mnie, chciałem wiedzieć, na czym polega to szczęście, ale chyba teraz już wiem. Poznałem Natalię dziewczynę co prawda o dziwnym charakterze, ale jak i interesującą. Bogdan twierdzi, że pochodzi nie z tych stron. Chciał bym ją jeszcze kiedyś zobaczyć . . .
-Mój drogi nie jestem w stanie ci powiedzieć czy się jeszcze spotkacie twarzą w twarz, ale wiem, że spotkacie się w snach. Uwierz mi, że nadejdzie taki dzień, kiedy w końcu się spotkacie wierzę w to, ale jeszcze nie teraz. Mogą minąć trzy lata, 10 lat ,20 . . . . jednak kiedyś nadejdzie ten czas nie wiem, kiedy, ale nadejdzie moje dziecko
-Dziękuję Mikołaju
-Franuś?
-Mikołaju proszę o zdrowie dla mojej schorowanej mamy, która czeka na mnie z kolacją. Chcę, żeby miała wigoru jeszcze przez długi długi czas
-Franku, szanuje życzenia nie egoistyczne tak, że twoja prośba zostanie wysłuchana
-Dziękuję mikołaju-Franek przytulił się do mikołaja. Pożegnał się ze wszystkimi i ruszył do domu, do mamy tak szybko, jak tylko mógł.
-A teraz ta, która podobno jest zwana córką i samego Dr.House’a, bardzo nie religijny niedowiarek. Natalko chodź tu.-Theo złapał ją na sekundę za rękę. Poczuła się pewniej. Usiadła tuż obok czerwononosego.
-To nie tak, że nie wieżę po prostu nie jestem przekonana. Moim życzeniem gwiazdkowym była najpiękniejsza gwiazdka jaka może być. Tak myślałam, gdy tu znalazłam, ale teraz już wiem, że właśnie ją mam. Otaczają mnie przyjaciele ,ludzie . . . i zwierzęta, którzy prawie w ogóle mnie nie znają, ale mam wrażenie jak byśmy znali się od zawsze. Teraz jestem szczęśliwa, że mogę z wami spędzić te świta po, mimo że być może set to wytwór mojego umysłu. Mikołaju, w tym roku nie proszę cie o nic. Mam wszystko czego potrzebuje. Gwiazdki w gronie rodziny-Lupin pociągnęła lekko nosem i zaraz wydmuchała nos.
-Pozory mylą Nie jesteś jednak egoistką bez skrupułów a kochającą dziewczynką z ukrytymi talentami. Poznaj świat a świat będzie chciał poznać ciebie. Rozejrzyj się masz wszystkich, którzy cię kochają i chcą być z tobą dziś tu zgromadzeni we wspólnocie. Ciesz się razem z nimi a odnajdziesz w sobie ten śmiech i radość jakiego potrzebujesz
-Dziękuje mikołaju-Lupin przytuliła się do mikołaja i pocałowała go w czoło. Staruszek uśmiechnął się i pogłaskał ją po głowie. Po tym wszystkim Pani mikołajowa zaprosiła wszystkich na kolację bożonarodzeniową, mimo że Chris proponował nocleg i jedzenie w gospodzie.
~*~
Natalia wyszła na ganek aby się przewietrzyć. Musiała pomyśleć. Nagle z podziemi wyrósł Theo.
-Jemioła-Wskazał na wiszącą nad nimi roślinę. Lupin uśmiechnęła się do chłopaka i uśmiechnęła. Theo pogłaskał ją po policzku, wynikiem tego były dwa dorodne rumieńce na policzkach
-Pierwszy raz podobno to masakra
-Pomyliłem cię z Amandą pamiętasz? Pierwszy raz już był, teraz będzie z górki-Dziewczyna zaśmiała się ii złączyła swoje zimne usta z ustami Theo praktycznie cały czas się uśmiechając. To rzeczywiście były najpiękniejsze z jej świąt bożego narodzenia. Ciemnowłosy wplątał rękę w jej włosy tak, że brunetka znalazła się bliżej niego niż sądziła. Nie wiedzieli, ile tak zajmowali się sobą w tym zimnie . Książę i zwykła mieszkanka wsi gdzieś w Polsce ,to było piękne.
~*~
Niedługo potem nastała pora spania. Każdy otrzymał swój pokój. Lupin leżała na pościeli głaskając Bogdana. Tuż obok niej leżał Theo, który tak, że pieścił persa.
-Wesołych świąt Natalio, czas już spać
-Kiedy zamknę oczy to się skończy, nie chce . . .
-Pamiętasz słowa mikołaja wszystko zależy od ciebie-Chłopak wręczył jej pierścień, który miał dotychczas na palcu.-Do przyszłego spotkania Lupin-Chłopak pocałował ją w czoło.
-Wesołych świąt Theo Jamesie-Chłopak po raz ostatnio posłała jej swój uśmiech i zamknął drzwi. Dziewczyna wygodnie się ułożyła i zamknęła oczy.
~*~
Obudziła się jakoś po dziesiątej. Była w swoim pokoju. Obok niej leżał Bogdan w klatce jak zwykle siedział Prince.
-Prince?- Odpowiedziało jej gruchnięcie zwierzaka. Nagle spostrzegła w jego klatce pierścień taki sam jak miał Theo . . . CZYLI TO SIĘ ZDARZYŁO NAPRAWDĘ?. Nie wiem ,nawet najstarsze muminki tego niewiedzą, ale wiem, że było to iście zajebiste.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Siemanko z Okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę wszystkim blogera i blogerka mnóstwa wyświetleń, wile komentarzy i sukcesu w twórczości. Dużo sukcesów w życiu osobistym, prezentów aż się pod choinka nie mieści no i przede wszystkim zdrowia bo to najważniejsze ;)
Witam wszystkich w specjalu świątecznym.Wydarzenia przedstawione w opowieści nigdy nie miały miejsca jednak prawie że wszyscy mają byt na tej ziemi.Specjal nie nawiązuje go głównego tematu bloga a tematyka jest fikcyjna.
Zapomniałabym jak wam się podoba nowy wygląd bloga? Piszcze w komentarzach
Pozdrawiam Lupin
PS.Uwaga tekst poprawiony w miarę moich możliwości
Lupin
Chobi i Prince
Bogdan
Max
Franek
Tom
Chris
Theo
Gościnnie:
-Familia Lupina
-Marta
-Tomek
-Szymon
Mijała kolejna godzina, kiedy Lupin gadała ze swoimi Friendami na Team Speaku 3.Szymon jak zwykle zgrywał wszech wiedzącego a Marta i Tomek lekko zirytowani starali się wytrzymać do końca monologu młodszego kolegi. Lupin stwierdziła, że ma jednak ciekawsze rzeczy do roboty i spojrzała w stronę do tej pory nie ułożonych puzzli. Natychmiast się przekręciła na plecy i skrzywiła z myślą, że za cholerę nie ułoży ich do wieczora. Jak na gimbusa przystało brunetka ponownie przewróciła się na brzuch i włączyła TS3.Deszcz padał coraz bardziej uderzając w szybę pokoju dziewczyny. W większości jej rozmyślania krążyły w Okół nieistniejącego śniegu, który w końcu mógł, by zacząć łaskawie padać. Nie obraziła, by się nawet, gdyby wiał wiatr z tym padającym śniegiem. Może święta były, by bardziej interesujące tego roku. Nigdy nie lubiła zbytnio świąt. Często musiała zostać na wigilię w domu co nie bardzo jej się podobało. Niechęć do miejsca, w którym mieszkała potęgowało to jeszcze bardziej. Ostatnie święta spędziła u cioci. Byli jej kuzyni, babcia ,chrzestna a Nawet ciocia z Niemiec, takie święta jej odpowiadały. Nie musiała się martwić, że ktoś na nią zacznie wrzeszczeć, bo obraziła siostrę czy nie pomoże w rozłożeniu talerzy.
-„Miła świąteczna atmosfera w gronie rodzinnym czegoż więcej chcieć?”-Zapytała się sama z ironią w głosie. Nagle głos z telefonu „Connekcion Lost” oświadczył, że ojciec ponownie nie może włączyć Allegro i wkurzył się ma wszystkich z tego powodu. Tak, te Internety z Mozambiku ehh co zrobić. Można, by ją nazwać wróżbitą Maciejem, bo niecałe trzy minuty później w drzwiach stanął jej ojciec z rozkazem oddania mu telefonu. Na pół żywa dziewczyna wręczyła szanownemu rodzicielowi Alcatela i ponownie opadła na poduszki-„U dziadka każdy ma zasrany Internet z Petrusa i nikt nie narzeka ”-Warknęła sama do siebie. Całą tą scenę z komody obserwował Prince-świnka morska Lupina ,jego przyjaciel Chobi padł ofiarą molestowania przez młodsze siostry na pół zdechłej dziewczyny potocznie(przez nią zwanych) idiotkami do potęgi n- tej. Świnka uważnie wlepiała swoje czarne oczy w swoją zmęczoną życiem właścicielkę. Prince miał nie całe pół roku, więc często zdarzało mu się słuchać narzekań Lupin na cały świat. To na szkołę, to na małą ilość komentarzy na blogu, a to na rodziców. Dochodziła dwudziesta dołu dobiegł ją wrzask oznajmiający, że jest kolacja wigilijna jak zwykle. Szkoda było wszystkim nóg, żeby podejść i grzecznie oznajmić szanownej Lupin, że jest kolacja. Brunetka nie bardzo chciała zejść na dół i gapić się na żarcie cały wieczór i nie tylko. Coś przeczuwała, że dzisiejszy wieczór po mimo swej nieistniejącej magii zostanie przerwany z jakiegoś powodu. Znów ktoś wymyśli oskarżenie w jej stronę z błahego powodu. Niczym duch cicho zeszła po schodach i zasiadła do stołu. Siostry jak zwykle zachowywał się, jak zwierzęta a rodzice udawali, że nic się nie stało. Standardowe święta w domu.-„Równie dobrze mogli mnie zamknąć w pudle, a nie kazać mi tu siedzieć” -pomyślała. Zimny dreszcz przebiegł po jej plecach. Wyobrażało sobie, jak siedzi na kanapie u cioci i rozmawia z Karolem o dupie Marynie. Wolała to niż całkowite wykluczenie ją z kręgu rozmów .Nałożyła sobie sałatki i zaczęła ją wolno przeżuwać. Bogdan jak zwykle siedział pod stołem przygotowany na swoje artystyczne łapanie żarcia w powietrzu. Lupin uśmiechnęła się pod nosem i „Przypadkiem” strąciła jedną z parówek na podłogę .Czarna wersja krzywołapa natychmiast ją porwała i popędziła w kierunku salonu. Nagle telefon zawibrował ,Marta napisała, żeby wejść na ts, bo mają zebranie. Lupin przypomniała sobie o poczerwieniałym ze złości ojcem, który nie ma znowu ma pretensje, że za dużo gada. Ostatecznie postanowiła tego uniknąć i olała esemesa. Niezauważona wymknęła się z kuchni i zamknęła się w pokoju nie czekając nawet na prezenty z góry wiedziała, że nie ma tam nic innego niż słodycze.
-I co się lampisz? –Rzuciła w stronę czarnego zwierzęcia na komodzie. Wywróciła oczami, po czym ponownie spojrzała w okno. Nic prócz ciemności za, nim nie było.
-Jesteś beznadziejna wiesz?- Melodyjny głos sprawił, że Lupin wierzgnął nogami i natychmiast zaczął obracać głowę we wszystkie strony w nadziei, że znajdzie jego źródło. Była pewna, że to któreś z rodzeństwa robi sobie żarty, ale ty było mało możliwe, ponieważ siostry jak i rodzice wciąż byli na dole i jedli bożonarodzeniową kolację. Jej zielono-niebieskie oczy zwróciły się w stronę zwierzęcia po lewej.-Tak do ciebie mówię ciemna maso. Żebyś chodź raz wsypała mi tego żarcia całą michę to bym nie narzekał, ale, że pół? O proszę cie! To jest dramat . . .-Opadła jej szczęka .Jej świnka morska, która szanownie miała ją w dupie w końcu przemówiła. To przeczyło logice przecież! Świnka oparła się i pręty swojej klatki i ponowie wbiła swój wzrok w będące w bezruchu oczy Lupina. Dziewczyna zaniemówiła to, co widziała było tak nie możliwe, jak latające świnie czy skarb irlandzkich ludków. Zwanych Leprikonami. Powolnym krokiem zaczęła wycofywać się do tyłu wciąż patrząc w czarne oczy świnki-Ej, gdzie leziesz?! Wracaj! Jeszcze z tobą nie skończyłem . . .
-Świnki morskie nie gadają to absurd! Samotność naprawdę mi nie służy
-Jest jak to wy ludzie mówicie „Wigilia” dzień, w którym zwierzęta mają prawo nawrzeszczeć ta na takich bezmózgowców jak ty . . . –Świnka zmarszczyła brwi i przechyliła głowę lekko w lewo. Było widać, że się zirytowała. Brunetka wciąż stała pod ścianą i nie dowierzała całej sytuacji. Starała się uwierzyć w to, co słyszy, ale teraz graniczyło to z cudem.
-Ty . . . ty . . . jak? Ty wiesz . .
-Wszystko o tobie. Przez 4 miesiące jak jestem tutaj nie widziałem dziwniejszego człowieka. Całe wieczory oglądasz te filmy z jakimś blondwłosym gościem co ma taką wielką tarczę i tańczy jezioro łabędzie. Widziałem jak się ślinisz i wzdychasz do obrazu w laptopie. Uwierz, że z perspektywy takiego gryzonia jak ja wygląda to naprawdę komicznie-Błysk zębów trzonowych Prince’a mówił wszystko za siebie. Dziewczyna zrobiła się czerwona ze wstydu. Przez ostatnie cztery miesiące była obserwowana przez chamską Świnkę morską! w dodatku cholernie wredną świnkę morską . . .
-Jesteś gorszy niż mój ojciec-Stwierdziła siadając na krześle. W miarę oswoiła się z sytuacją, że bawi się w Doktora Dolittle. Podeszła do klatki i otworzyła drzwiczki. Usiadła tym razem na łóżku koło komody. Prince zaraz z tego skorzystał i przeniósł się na łóżko.
-Ja bym swoim dzieciom nie zabierał płaskich świecących urządzeń-Świnka ponownie błysnęła zębami spoglądając na zrzedłą minę właścicielki. Wdrapał się na szczyt jej kolan. Lupin uśmiechnęła się pod nosem patrząc jak czarnuch próbuje nie zlecieć z jej kończyn.
-Chcesz mnie podręczyć ciętymi żartami na temat mojej niespełnionej miłości czy antyspołeczności?- Lupin spojrzała na pocztówki, które dostała od Marty i Szymona, a potem przypomniała sobie, jak, to by było miło żyć w świecie Marvel’a.
-Jako twój zwierzak mam pewnego rodzaju obowiązek pocieszyć cię w trudnych chwilach. Co prawda nie należę do typów super pocieszaczy czy coś tego rodzaju, ale staram się, jak mogę, więc . ..-Prince nie skończył mówić, gdy ż Lupin podniosła go z kolan i przytuliła do siebie. Głaskał świnkę lekko po głowie.
-Wystarczy, że jesteś. Uwierz mi na słowo, że i tak jesteś lepszy niż co niektórzy. Może kiedyś się do ciebie przyzwyczaję, znaczy się przyzwyczaiłam się, ale nie do tego, że zwariowałam i gadam z chamską świnką morską, która ma mnie na niepoprawnego romantyka.-To lepsze, iż jak ty to ująłeś wzdychać do ekranu. Ale nie mów on jest strasznie seksowny- Lupin wraz z Prince’m wybuchnęli śmiechem w miarę możliwości świnki morskiej.
-Osobiście wolałem tego zielonego z długimi czarnymi włosami co tak docinał gościowi z młotkiem on był lepszy –Lupin ponownie wybuchnęła śmiechem i potargała świnkę po włosach na mordce.
~*~
Lupin nakładała sałatę na chleb orkiszowy i podsunęła go Prince’owi. Świnka od razu zaczęła konsumować prawie, że w niewidocznym stopniu, ale jednak. Ona sama nałożyła sobie ser i szynkę na kanapkę. Teraz, gdy była w kuchni zupełnie sama z gadającą świnką morską nie musiała się krępować. -No proszę proszę kogoż to wschodnie wiatry nad parterowe przywiały ,Prince we własnej osobie. Lepszego deseru po kolacji nie mogłem sobie wyobrazić. Lupin od razu pochyliła się w stronę lekceważącego głosu. -Powinienem ci podziękować, chociaż ktoś obdarował kotka świątecznym prezentem i oddał mu swoją parówkę-Z mroku salonu zaczęła wyjawiać się postać zacnego Czernego perskiego kota ze złotymi tęczówkami.
-O boże nawet kot? Co to za dzień?- Zrezygnowana Lupin spuściła głowę, która wylądowała wprost na kanapce z szynką. Rzeczona szynka przyczepiła się o czoła brunetki a Prince zaczął tak śmiać, że aż przesadnie. Zaś Bogdan zgranym znakiem znalazł się obok brunetki i głębokim głosem rzekł:
-Panienka pozwoli-Kot zaczął lizać czoło dziewczyny tak, że efektem końcowym była ślina kota na jej czole i wędzone mięso w żołądku kota.
-Ble! Nigdy więcej tego nie rób-Lubin natychmiast sięgnęła po papierowe ręczniki zaczęła wycierać zwoje śliskie czoło Bogdan niczym kot z opowiadania „Alicji w krainie czarów” zrobił obrót i wyszczerzył się. Prince wywrócił oczami. Nim Lupin się zjarzyła do kuchni wszedł Max( Coocker Spaniel) z Chobim na czubku swojej głowy.
-Jest już gotowa? Nie mam całego dnia!- Chobi z irytacją godną podziwu jęknął nieznacznie patrząc na swojego o trzy lata młodszego towarzysza. Młoda świnka ześlizgnęła się ze stołu i wylądowała na karku Bogdana.-Mam nadzieje, że wasza dwójka będzie spokojna. Tak zgadza się Prince, mówię do ciebie.
-No dobra dobra nadajesz o tym jakieś ćwierć wieku a jak na nast. Do cholernie długo . . .
-Prince!
-Sorry papciu
-Ja ci dam papcia ty młokosie
-Zamknąć paszcze, bo zrobię z was filety! -Max warczał nie na żarty najpierw spojrzał na Świnkę, która zginęła w puchatych włosach persa, a następnie zakręcił głową aby i starszy z towarzyszy zrozumiał przekaz--A teraz Natalio zamknij oczy i złap się mojego ogona trochę się przejdziemy.-Niezbyt przekonana do tego pomysłu Lupin po ubraniu się w zimową kurtkę złapała zwierzaka za ogon i pozwoliła aby ją prowadził .Poczuła zimno, tak zdecydowanie szli przez podwórko jednak po chwili zaczęło robić się cieplej i znów zimno. Odniosła wrażenie jak coś miękkiego i zimnego muska jej policzek
-Śnieg- Stwierdziła po chwili. Kot siedzący na jej kolanach oraz Prince przytaknął. W pewnej chwili Maximilian poprosił aby usiadła na sanki. Czyżby tu padał śnieg? Gdzie jesteśmy?.Pytania nasuwały się jej same. Dziwne było dla niej to, że jej mały chucherkowaty pies daje uciągnąć rade sanki z nią ,Bogdanem oraz Prince’m i Chobiczkiem.
-Jesteśmy- Zadowolony głos Psa oznajmij dziewczynie, że może otworzyć oczy. Jej oczom ukazał się przepiękny obraz. Ścieżka z żółtej kostki przykryta częściowo puchatym śniegiem. W Okół rosły nie wielkie sosenki przystrojone lampkami, bombkami i innymi światełkami. Nigdy wcześniej brązowowłosa nie widziała takiego krajobrazu
-Gdzie jesteśmy-Spytała prawie szepcząc. Nie potrafiła się nadziwić cudowi świątecznemu jaki właśnie obserwowała swoimi niebieskozielonymi tęczówkami.
-Witaj w krainie Oz miejscu, gdzie raz do roku można tak cudnie spędzić święta! Bez zmartwień i obaw! I twoich niebezpiecznych sióstr.- Chobi usiadł na krańcu sanek i oparł malutkie czarne łapki na poręczy. Westchnął i krzyknął po chwili do Maxa- Ey stary ona chyba idzie pieszo-Świnka zaśmiała się i spojrzała w stronę uśmiechającej się dziewczyny wciąż oglądającej cuda Oz. Kiedy zwierzaki wesoło rozmawiały a Prince i Chobi ponownie zaczęli dyskutować uwagę dziewczyny przykuł mężczyzna siedzący na ławce. Był piękny. Na głowie miał koronę a ubrany był w ciepłe szaty. Miał czarne krótkie lekko kręcone włosy i zielone oczy. Kiedy tylko zobaczył czarnego psa zerwał się na krótkie nogi i popędził jego stronę.
-Maximilianie jak miło cię znów zobaczyć! O Panie Chobi widzę zdrowie dopisuje, Witaj,ty pewnie jesteś Prince, twój przyjaciel wiele mi o tobie mówił o i widzę nawet Bogdan postanowił z wami przybyć.
-A jak, że Tom
-A kim jest ta olśniewająca piękność przyćmiewająca urodą boginie Olimpu?
-To Natalia, ale mówią na nią różnie, Lupin, Rachel Octavia Aarone House albo V jak to woli-Mężczyzna pocałował onieśmieloną dziewczynę w rękę i spojrzał jej oczy. Lupin poczuła jak robi się cała czerwona na twarzy.
-Kłócić to się ze wszystkimi umie a teraz to jej języka w gębie zabrakło-Prince, który zirytował się zaistniałą sytuacją postanowił przenieść się na początek sań obok swojego starszego towarzysza.
-Ile razy ci mówiłem żebyś trzymał dziób na kłódkę
-Ble mle le, pogadaj sobie z moją łapą- Chobi wywrócił oczami i ponownie spojrzał jak Tom splata rękę z ręką Swojej właścicielki.
-Jestem Książę Tom Hiddelston i zmierzam do świętego mikołaja. Czy zrobisz mi ten zaszczyt i udasz się ze mną oraz pozostałą dwójką moich przyjaciół do domku z piernika ?-Lupin zatkało. Nasunęła jej się bajka o trzech psach, które reprezentowały monety. Mały pilnował miedziaków, średni srebrników a wielki złota. Jeśli wszystko jest tak jak myśli to kolejny powinien pojawić się Chris Evans a Po, nim Theo James. Oczywiście były to jedne wielkie zgadywanki. Te wydarzenia przypominały jej historię krainy Oz o, które niegdyś oglądała z sexownym Jamesem Franco w roli głównej. Max pociągnął saniami a Prince , Chobi i Bogdan o mało nie wylecieli z sań.
-Uważaj jak Biegiesz psia Łajzo!- Kot najeżył się i wbił paznokcie w drewno. Cała szóstka ruszyła zaśnieżoną drogą z żółtej kostki tam, gdzie prowadził ich Tom. Ciągle się uśmiechał i opowiadał, o co chce poprosić mikołaja.
-Każdy może wybrać tylko jedną rzecz. Ja chciałbym przyjaciela, z którym mógłbym ruszyć na łowy o poranku. -Westchnął Tom patrząc na Zamyśloną Lupin. Po chwili zobaczyli drugiego mężczyznę poprawiającego coś na jednej z choinek. Był wysoki i umięśniony. Można, by uznać, że Lupin jest wróżbitą Maciejem. Przed nimi stanął sam Chris Evans.
-Witajcie przyjaciele miło was znów zobaczyć, to, jak idziemy? Wkrótce zabłyśnie pierwsza gwiazdka. A potem możemy udać się do mojej gospody na kolację wigilijną. Ach, panienko chyba się nie znamy jestem .
-Pewnie . . .Wiem jesteś Chris Evans i też zmierzasz do świętego mikołaja.-Dziewczyna prawie stykała się czołem z mężczyzną, który często śnił się jej po nocach jak i Tom i Theo, ale to inna historia. Nogi jej miękły na policzki zrobiły się czerwone jak dorodne pomidory.
-Książę Chris Evans, ale dla ciebie Chris
-Ekhem ,musimy ruszać, jeśli chcemy zdążyć przed pierwszą gwiazdką-Tom chrząknął teatralnie .Blondyn od razu puścił Lupin i poszedł porozmawiać z Maxiem. Zapatrzona w krajobraz Lupin nawet nie zauważyła, że jej strój diametralnie się zmienił Z ciemnej granatowej kurtki i czarnych legginsów na niebieską suknie z białym bolerkiem i pantofelkami. Uśmiechnęła się sama do siebie i pobiegła do przodu co jakiś czas robiąc piruety i śmiejąc się pod nosem. Nigdy taki wesołych świąt nie miała .Śmiech gościł na jej twarzy. Nie minął kwadrans z na rozstaju dróg stał mężczyzna. Miał czekoladowe krótkie włosy i ciemne oczy.
-Amanda! Krzyknął w stronę Lupin, która rozpoznała w, nim psa pilnującego złoto-Theo Jamesa. Chłopak podszedł do niej podniósł ją i namiętnie pocałował w blade usteczka. Mimo, że brunetka nie znała go osobiście to z chęcią oddała pieszczotę. Czuła jak miłe ciepło oblewa jej ciało. Nagle naszła ją ochota, że nie chce, żeby skończyło się na pocałunku. Pogłaskał jej głowę i przytulił do siebie-Amando, ile to już lat?- Przydługa sukienka dziewczyny dotykała drogi z żółtej kostki w przeciwieństwie do jej nóg.
-Obawiam się Książę Theo, że pomyliłeś naszą Natalię z kimś innym-Bogdan wdzięcznym krokiem zbliżył się w stronę mężczyzny wciąż tulącego do siebie niską dziewczynę.
-Jak to? Przecież to Amanda kobieta, z którą nie widziałem śnie przez 36 księżyców!- Theo puścił Natalię, która lekko zdziwiona całym zajściem jak i w środku swojego chorego mózgu rozkoszowała się wciąż swoim pierwszym pocałunkiem w życiu.-Wybacz Natalio pomyliłem cię z kimś kim nie jesteś. Po mimo wszystko jesteś bardzo piękna- Książę James uśmiechnął się do Lupin, która wciąż patrzała na niego jak zahipnotyzowana. Po chwili potrząsnęła głową i spojrzała na Bogdana, który opierał się łapami o ej nogę. Podniosła go do góry i wraz z pozostałymi ruszyli drogą z żółtej kostki.
-Wiesz co Bogusiu? Idę z trzema najseksowniejszymi gośćmi oraz zwierzakami, których nigdy nie doceniałam po drodze z żółtej kostki otoczona przystrojonymi drzewkami do mikołaja a drogę wskaże mi pierwsza gwiazda. To jest chore, ale po, mimo że nie wiem, czy to sen to mi się podoba.- Lupin przycisnęła puchatego kota bliżej siebie i pocałowała go w jego płaską głowę.
-Wiesz biorąc pod uwagę, że ze mną gadasz i jesteśmy w krainie Oz to albo zwariowałaś albo śnisz
-Czyli to się nie dzieje naprawdę?
-Ty musisz zdecydować-Czarny pers zeskoczył z ramion dziewczyny i pobiegł w stronę Toma. Ciemno włosa na chwilę się zatrzymała. Przecież widziała jak jej świnka w jej własnym pokoju zabiera głos i robi sobie z niej jaja. Ale, z drugiej strony mógł mieć racje, mogła sobie wszystko zmyślić i dość do wniosku, że nie ma poukładane w głowie. Bez względu, czy to fikcja, czy to sen nie chciała tego przerywać chciała trafić do mikołaja. Po chwili jej głowę napadło kolejne pytanie-Czego chcieć od mikołaja?
-Tego czego naprawdę pragniesz najbardziej w świecie-Na to pytanie niezwłocznie odpowiedział jej Chobi. Świnka morska zdawała się, jak, by słyszeć jej myśli. Był jej drugim zwierzątkiem zaraz po tym jak zdechła Chobia- Pierwsza świnka morska Lupin. Potem kupiła Chobiczkowi przyjaciela aby nie czuł się samotny. Max towarzyszył jej jakieś 5 lat a Prince nie całe 4 miesiące. Kochała ich wszystkich byli dla niej otoczką, która dawała jej szczęście.
-Nie wiem czego najbardziej pragnę . . . a czego ty byś chciał?- Dziewczyna rzuciła śwince pytające spojrzenie. Liczyła, że jej pomoże w wyborze.
-Szczerze? To chciał bym moją Chobię z powrotem albo kilka lat mniej-Brunetka zobaczyła jak w Okół czarnego oczka Świnki zakręciła się Łezka. Lupin przeżyła to tak samo, jak on, kto wie czy nie gorzej. Płakała wiele nocy. Do tej pory, gdy myśli o tej wychudziałej rudej śwince ma ochotę się rozpłakać.-Wybierz mądrze Natalio, więcej możesz nie mieć okazji-Przez głowę pisarki myknęło wiele próśb. Chciałaby, żeby jeden z tych przystojniaków był jej chłopakiem ,żeby świnka wróciła do żywych ,żeby jej książki w przyszłości odnosiły sukces ,żeby jej talenty artystyczne były docenione, żeby w końcu mogła się uwolnić od trzymających ją na ziemi problemów. Wiele tego było, ale żadna z nich nie przeważała jakoś bardzo, inaczej ,była daleko.
-RATUNKU! Pomocy on mnie zeżre na pomoc!- Wszyscy popędzili w stronę głosu wołającego pomocy. Lupin szybko przeskoczyła przez kłodę i najszybciej dostała się do małej małpy ze skrzydłami w ubraniu hotelowego boya?! Nie wytrzymała i wybuchnęła śmiechem-Z czego się śmiejesz pomóż mi!- Lupin zerwała pnącza oplatające małpę i szybko ją wydostała z opresji.
-I co trzeba było się tak drzeć? To były zwykłe pnącza haha boidupa z ciebie małpo-Dziewczyna zaśmiała się pod nosem obserwując jak małpa się odwraca i pokazuje palcem w stronę wielkiego zwierza.
-Nie o pnącza chodziło PATRZ!- Dziewczyna momentalnie wrzasnęła i próbując się nie potknąć biegła z latająca małpą trzymając ją pod pachą. Przeszła po starym pieniu na drugą stronę przepaści. Lew zrobił to samo. Był wielki i potężny jak i drapieżny. Nie udało u się przeskoczyć ,zahaczył jedynie pazurami o błękitną powiewającą suknie Lupin, która wraz z małpa darli mordy i ściskali się nawzajem. Lew wpadł w przepaść i tyle go widzieli.
-Rany jak mam ci dziękować księżniczko ty moja piękna? Swoją drogą, jestem Franek.
-Lupin, to znaczy Natalia, to znaczy Rachel Octavia Aarone House albo V jak, kto woli- Dziewczyna zrobiła się czerwona i uśmiechnęła się do ciemnookiej małpki.
-Pozwól tak, że będę mówił ci Lupin dobrze? A bym zapomniał, jako że uratowałaś mi życzenie jestem zobowiązany spełnić jedną z twoich próśb
-Pozwól Franku, że się zastanowię okay? W ogóle jak ty się tam znalazłeś?
-Leciałem do świętego mikołaja poprosić o prezent, kiedy to zahaczyłem o gałąź i upadłem. Potem zaplątałem się w te pnącza i utknąłem, a następnie pojawił się ten lew i i i resztę już znasz.
-Tak się składa, że my też idziemy do świętego Mikołaja. Pozwól, że się przedstawię. Ja jest Bogdan tych dwóch to Chobi oraz Prince ten tu to Max, a to trzej królowie Tom, Chris i Theo, Lupin już poznałeś- Bogdan wystąpił przed szereg i przedstawił resztę.
-Franek miło mi-Małpa przywitała się ze wszystkimi po czy wszyscy gadając o czym zawzięcie ruszyli drogą z żółtej kostki.
~*~
Droga zdawała się mijać tak szybko, że, zanim się obejrzeli zobaczyli dym z komina i światła.
-Hej ekipa patrzcie tam!- Prince podskoczył wesoło prawie zlatując z sanek.
-To dom świętego mikołaja? Wygląda trochę, inaczej niż ten w książkach.-Lupin spoglądała na dom Świętego tak jak, by to było coś dziwnego. Przecież zawsze się gadało o takich rzeczach, w klasach 1-3 malowało się nawet podobizny. Był to dom z czerwonej kostki przystrojony lampkami i różnymi ozdobami. Max w raz z Bogdanem i Morskimi wyślizgnęli się przed szereg i pobiegli szybciej.-Wyobrażałam to siebie całkiem inaczej-Lupin westchnęła z podziwu już któryś raz z rzędu dzisiaj Nagle zobaczyło obok siebie stojącego Theo
-Pocieszę cię Natalio, ja też. Byłem pewny, że to jakaś wielka willa widniejąca z kilometra, a to zwykły drewniany domek z szopą nieopodal- Książę rozejrzał się w Okół oglądając wszystko uważnie. Lupin czuła się dziwnie w jego towarzystwie, miała motyle w Brzuchu.
-Theo?
-Tak?
-Masz dziewczynę?
-A ty chłopaka?
-Chłopcy nie gadają z kimś, kto sieje popłoch swoją odwagą przeciw, nim
-No co ty. W tej sukience wyglądasz tak ślicznie, że nie byłbym w stanie pomyśleć, że jesteś takim agresorem . .AŁA- Rozdrażniona, ale i rozbawiona kostkami od paliczków wycelowała w ramię ciemnowłosego. Uśmiechnęła się do niego i pobiegła za resztą. Theo uśmiechając się prawie niewidocznie pokręcił głową i dołączył do pozostałych. Franek uchylił lekko drwi i drżącym głosem spytał:
-Jest tu kto?- Odpowiedział, im basowy śmiech i okrzyk, żeby weszli. Wszyscy wchodzili gęsiego a Lupin na końcu. Na bujanym fotelu obok kominka siedział on. Gruby mężczyzna z kręconą białą jak bożonarodzeniowy niego brodą i wesołymi niebieskimi świdrującymi oczkami. Obok przybyłych przemknęła kobieta w średnim wieku w fartuchu kładąc ciastka, mleko i szklanki na stole.
-Proszę moje dzieci rozgośćcie się. Przebyliście długą drogę aby do mnie dość i zdążyliście nawet przed pierwszą gwiazdą!- Mikołaj wskazał na świecący na niebie jasny punkt. Wszyscy podeszli do okna. Przez chwile nastała cisza, słychać tylko było wesołe trzaskanie płomieni w kominku.-A, więc, czego życzycie sobie od mikołaja? Może zaczniemy od tych najmniejszych. Mikołaj sięgnął po małą świnkę morską.
-O o ja bym chciał . . . chciałbym, żeby Chobi był moim przyjacielem na zawsze-Mały zwrócił głowę ku starszemu koledze, który rzucił mu pełne dumy spojrzenie.
-Wiesz Prince myślę, że Razem z Chobim postaramy się aby twoje życzenie się spełniło mały. Wiesz przyjaciół nie zdobywa się z dnia na dzień przyjaźń jak kwiat trzeba pielęgnować aby nie zgnił czy usechł nigdy niczego za wiele ani za dużo-Święty puścił oko do rozety siedzącej na kolanach Toma.
-Dzięki święty! To znaczy święty mikołaju-Mikołaj podniósł Chobiczka z kolan chłopaka.
-Proszę cię o jedno przywróć mojej oblubienicy życie albo daj i silę na kolejne lata abym wytrzymał z tym brzdącem
-Mój kochany, rozumiem twój ból jednak nie jestem bogiem i nie mogę przywracać do życia, jednakże jesteś bardzo silny i cierpliwy wystarczy, że odnajdziesz w sobie siłę. Masz potencjał, zawsze go miałeś i masz go tu w twoim małym świnkowym serduszku ja mogę jedynie posłużyć ci radą, pamiętaj o tym
-Dziękuje mikołaju-Chobi zajął miejsce obok Prince przy kominku -Mikołaj machną ręką w stronę kota, który nieśmiało miał zamiar albo nie miał zamiaru kroczyć w jego stronę. Usadowił się na kolanach mikołaja i wbił w niego swoje złote tęczówki.
-Poproszę o legowisko abym mógł w długie zimowe wieczory razem ze swoimi właścicielami a raz z przyjaciółmi spędzać czas-Jak na Bogusia przystało prośba była materialna.
-Drogi Bogusiu, kiedy wrócisz do domu przed kominkiem będzie czekać na ciebie wielki kosz z poduchami w środku z twojej ulubionej barwie co ty na to?
-Mrrrr dziękuuuuuje miiikołaju- Pers dumnym krokiem powrócił na kolana Chrisa wbijając wzrok wciąż zamyśloną brunetkę.
-Maximilianie a czego ty byś chciał od takiego staruszka jak ja?
-Wiesz co mikołaju? Ja bym chciał, żeby ten tam futrzasty co siedzi na kolanach księcia Chrisa zaczął w końcu mnie szanować
-Wiesz myślę, że powinniście pogadać. Jesteście w stanie obalić stereotyp, że pies z kotem nie może się dogadać. To zwykła bzdura! Jeśli otworzycie serca jesteście w stanie dojść do porozumienia jak i nawet kiedyś zostać przyjaciółmi. Myślę, że wystarczy szczera rozmowa w gronie najbliższych-Max Liznął mikołaja i wrócił przed kominek kładąc się obok „Braci” Morskich.
-Tom?
-Przybywam z prośbą dość nie typową. Zawiodłem się na ludziach już tyle razy, że zaczynam wątpić czy znajdę takiego przyjaciela, wiernego i takiego, który dotrzyma mi towarzystwa i pocieszy w wolnych chwilach
-Myślę, że możemy temu zaradzić-Mikołaj odwrócił się i sięgnął za swoje plecy. Podał Tomowi Młodego szczeniaka z razy psów myśliwskich-Jestem pewien, że on będzie odpowiedni.
-Dziękuje ci
-Chrisie Evansie a z jaką prośbą ty przybywasz?
-Ojciec twierdzi, że na ożenek już czas jednak nigdzie nie mogę znaleźć nie napuszonej, nie malującej się nie lecącej tylko na moje pochodzenie oraz dobytek mężatki. Wskaż mi drogę o wszechmocny, gdzie mam szukać.
-Rozejrzyj się w Okół tych najmniejszych. Idź w miasto przebierz się za jednego z nich, Istnieją damy, które kochają sercem nie oczami, uwierz mi synu, że jest tam ich wiele wystarczy tylko otworzyć umysł i serce na nowe perspektywy. Wystarczą jedynie chęci książę Evansie
-Dzięki tobie mądry nestorze
-Theo a ty z czym do mnie przybywasz?
-Zawsze chciałem poznać kogoś, kto będzie śmiał się ze mną nie ze mnie, chciałem wiedzieć, na czym polega to szczęście, ale chyba teraz już wiem. Poznałem Natalię dziewczynę co prawda o dziwnym charakterze, ale jak i interesującą. Bogdan twierdzi, że pochodzi nie z tych stron. Chciał bym ją jeszcze kiedyś zobaczyć . . .
-Mój drogi nie jestem w stanie ci powiedzieć czy się jeszcze spotkacie twarzą w twarz, ale wiem, że spotkacie się w snach. Uwierz mi, że nadejdzie taki dzień, kiedy w końcu się spotkacie wierzę w to, ale jeszcze nie teraz. Mogą minąć trzy lata, 10 lat ,20 . . . . jednak kiedyś nadejdzie ten czas nie wiem, kiedy, ale nadejdzie moje dziecko
-Dziękuję Mikołaju
-Franuś?
-Mikołaju proszę o zdrowie dla mojej schorowanej mamy, która czeka na mnie z kolacją. Chcę, żeby miała wigoru jeszcze przez długi długi czas
-Franku, szanuje życzenia nie egoistyczne tak, że twoja prośba zostanie wysłuchana
-Dziękuję mikołaju-Franek przytulił się do mikołaja. Pożegnał się ze wszystkimi i ruszył do domu, do mamy tak szybko, jak tylko mógł.
-A teraz ta, która podobno jest zwana córką i samego Dr.House’a, bardzo nie religijny niedowiarek. Natalko chodź tu.-Theo złapał ją na sekundę za rękę. Poczuła się pewniej. Usiadła tuż obok czerwononosego.
-To nie tak, że nie wieżę po prostu nie jestem przekonana. Moim życzeniem gwiazdkowym była najpiękniejsza gwiazdka jaka może być. Tak myślałam, gdy tu znalazłam, ale teraz już wiem, że właśnie ją mam. Otaczają mnie przyjaciele ,ludzie . . . i zwierzęta, którzy prawie w ogóle mnie nie znają, ale mam wrażenie jak byśmy znali się od zawsze. Teraz jestem szczęśliwa, że mogę z wami spędzić te świta po, mimo że być może set to wytwór mojego umysłu. Mikołaju, w tym roku nie proszę cie o nic. Mam wszystko czego potrzebuje. Gwiazdki w gronie rodziny-Lupin pociągnęła lekko nosem i zaraz wydmuchała nos.
-Pozory mylą Nie jesteś jednak egoistką bez skrupułów a kochającą dziewczynką z ukrytymi talentami. Poznaj świat a świat będzie chciał poznać ciebie. Rozejrzyj się masz wszystkich, którzy cię kochają i chcą być z tobą dziś tu zgromadzeni we wspólnocie. Ciesz się razem z nimi a odnajdziesz w sobie ten śmiech i radość jakiego potrzebujesz
-Dziękuje mikołaju-Lupin przytuliła się do mikołaja i pocałowała go w czoło. Staruszek uśmiechnął się i pogłaskał ją po głowie. Po tym wszystkim Pani mikołajowa zaprosiła wszystkich na kolację bożonarodzeniową, mimo że Chris proponował nocleg i jedzenie w gospodzie.
~*~
Natalia wyszła na ganek aby się przewietrzyć. Musiała pomyśleć. Nagle z podziemi wyrósł Theo.
-Jemioła-Wskazał na wiszącą nad nimi roślinę. Lupin uśmiechnęła się do chłopaka i uśmiechnęła. Theo pogłaskał ją po policzku, wynikiem tego były dwa dorodne rumieńce na policzkach
-Pierwszy raz podobno to masakra
-Pomyliłem cię z Amandą pamiętasz? Pierwszy raz już był, teraz będzie z górki-Dziewczyna zaśmiała się ii złączyła swoje zimne usta z ustami Theo praktycznie cały czas się uśmiechając. To rzeczywiście były najpiękniejsze z jej świąt bożego narodzenia. Ciemnowłosy wplątał rękę w jej włosy tak, że brunetka znalazła się bliżej niego niż sądziła. Nie wiedzieli, ile tak zajmowali się sobą w tym zimnie . Książę i zwykła mieszkanka wsi gdzieś w Polsce ,to było piękne.
~*~
Niedługo potem nastała pora spania. Każdy otrzymał swój pokój. Lupin leżała na pościeli głaskając Bogdana. Tuż obok niej leżał Theo, który tak, że pieścił persa.
-Wesołych świąt Natalio, czas już spać
-Kiedy zamknę oczy to się skończy, nie chce . . .
-Pamiętasz słowa mikołaja wszystko zależy od ciebie-Chłopak wręczył jej pierścień, który miał dotychczas na palcu.-Do przyszłego spotkania Lupin-Chłopak pocałował ją w czoło.
-Wesołych świąt Theo Jamesie-Chłopak po raz ostatnio posłała jej swój uśmiech i zamknął drzwi. Dziewczyna wygodnie się ułożyła i zamknęła oczy.
~*~
Obudziła się jakoś po dziesiątej. Była w swoim pokoju. Obok niej leżał Bogdan w klatce jak zwykle siedział Prince.
-Prince?- Odpowiedziało jej gruchnięcie zwierzaka. Nagle spostrzegła w jego klatce pierścień taki sam jak miał Theo . . . CZYLI TO SIĘ ZDARZYŁO NAPRAWDĘ?. Nie wiem ,nawet najstarsze muminki tego niewiedzą, ale wiem, że było to iście zajebiste.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Siemanko z Okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę wszystkim blogera i blogerka mnóstwa wyświetleń, wile komentarzy i sukcesu w twórczości. Dużo sukcesów w życiu osobistym, prezentów aż się pod choinka nie mieści no i przede wszystkim zdrowia bo to najważniejsze ;)
Witam wszystkich w specjalu świątecznym.Wydarzenia przedstawione w opowieści nigdy nie miały miejsca jednak prawie że wszyscy mają byt na tej ziemi.Specjal nie nawiązuje go głównego tematu bloga a tematyka jest fikcyjna.
Zapomniałabym jak wam się podoba nowy wygląd bloga? Piszcze w komentarzach
Pozdrawiam Lupin
PS.Uwaga tekst poprawiony w miarę moich możliwości
Subskrybuj:
Posty (Atom)











