piątek, 19 czerwca 2015

V Stary nowy Njubi

 Przyglądanie się chłopcom w pracy było dość nudne. Przechadzała się po strefie w poszukiwaniu jakichś ciekawych zajęć albo chociaż czegoś, co zajęłoby ją na dłuższą chwilę. Od śniadania nie widziała się już z Newt'em. Może naprawdę wziął sobie do serca radę Alby’ego? Siedziała na drewnianej ławce tuż przed kuchnią Patelniaka, próbując wymyślić co kol wiek. Teraz, kiedy chłopak krzątał się po swojej kuchni, mogła mu się lepiej przyjrzeć. Był ciemnoskórym chłopakiem z krótkimi, kręconymi włosami. Miał na sobie fartuch. Widać, że był zużyty. Plamy I cztery miesiące używania musiały go dobić. Szczególnie, gdy trzeba wydać żarło armii wygłodniałych chłopaków. Przyglądała się grupie chłopaków, którzy grzebali coś przy bazie. Chyba ją powiększali. Zabolał ją fakt, że musi wciąż spać z grupą chłopaków i to w jednym pomieszczeniu. Westchnęła. A co innego miała do wyboru?

- Hej, ty, marzycielko, nie masz może ochoty mi pomóc? Jesteś Jade, co nie? - Patelniak wychylił swoją wielką głowę z okienka, czyszcząc talerz.

 Jade oprzytomniała. Spojrzała w ołowiane oczy Patelniaka i pokiwała nerwowo głową. Stęknęła i wstała, prostując kręgosłup. Strzepnęła niewidzialny kurz ze spodni i przeskoczyła przez bramkę dzielącą ją od Patelniakia. Gdy była blisko niego, czuła się taka maleńka. Brunatne niczym drzewa z mrocznego lasu oczy Patelniaka połyskiwały od światła padającego przez okno, a raczej otwór w ścianie, który można było uznać za okno. Na niebie nie było chmur, nie było ani za ciepło ani za zimno, nigdy nie padało. Gdyby nie to, że wymazano im wspomnienia i oderwano od przeszłości, nie pomijając faktu utknięcia w środku olbrzymiego labiryntu, można by uznać to za pewnego rodzaju raj. W żaden logiczny sposób dziewczyna nie umiała sobie wyjaśnić tego defektu. Przeczesała swoje ciemne i gęste włosy, po czym rzuciła krótkie spojrzenie Patelniakowi.

- Coś taka osowiała, księżniczko? - zapytał, biorąc do ręki kolejny talerz. 

Przy umywalce leżały pojedyncze włosy oraz nieuprzątnięte grudki jedzenia. Jade wzdrygnęła się. Naszła ją myśl, że nigdy nie tknie niczego od tego nieprzestrzegającego higieny chłopaka.

- Może nie tyle osowiała co zmęczona tym wszystkim, to miejsce to...po prostu więźnie... nie próbowaliście się jakoś stąd wydostać?

Patelniak zaśmiał się. Jego śmiech przypominał kichanie sopranem. Odsunęła się kawałek, jednak dalej nie przestawała pytać.

- Przez te liany wspiąć się na mury, przez pudło, cokolwiek, albo jak...

- Próbowaliśmy wszystkiego, świerzuchu.

- Ale...

- Uwierz mi na słowo - wszystkiego, o czym pomyślałaś, myślisz i pomyślisz. Wszystko to na nic. Straciliśmy przez to tylko ludzi, wyjście znajduje się jedynie tam. - Wskazał na wielkie mury za oknem. - W labiryncie - dodał, czyszcząc talerz. 

Czyścił go nerwowo, tak jakby się bał, że za dużo powiedział. Pośpiesznie go odłożył i podał Jade miotłę. -Przydaj się na coś i zmieć tu, będzie mniej do roboty przed kolacją.
Dziewczyna wywróciła oczami i wzięła sprzęt od Patelniaka.

- Czy Zwiadowcy już coś znaleźli? Cokolwiek? Coś musieli... przez cztery miesiące, tak? Newt coś wspominał.

Zaprzestała na chwilę poprzedniej czynności i zmierzyła chłopaka wzrokiem. Nie mógł mieć więcej niż 16 lat. Wciąż krzątał się po pomieszczeniu i unikał przeszywającego wzroku dziewczyny

- Odpowiesz mi w końcu...? Patelniak?

Dopiero gdy usłyszał swoje przezwisko, westchnął ciężko. Odłożył garnek, który zdjął z suszarki i oparł się o szafkę, a raczej o zbitkę z drewna, która miała przypominać blat kuchenny.

- Słuchaj, to jest dość skomplikowane, więcej na temat labiryntu wiedzą ci z mapiarni lub Zwiadowcy. Ja tylko gotuję i rozdaję żarło. Z tego, co wiem, Minho zaczął się szkolić i pobiegł dziś z Benem i Georgem. – Obrócił się na pięcie i powrócił do czyszczenia wielkiego grapa. 

Kto wie, co on tam gotował. Odkąd Jade przybyła do strefy, nie było jeszcze zupy. Przeczucie mówiło jej, żeby nie jeść zupy. Patelniak nie przejął się niesmakiem dziewczyny i wlał pół garnca wody do niego.

- Newt sądzi, że nie nadaję się na Zwiadowcę, a im dłużej tu siedzę, tym bardziej mnie tam ciągnie - stwierdziła, robiąc młynki kciukami.

 Patelniak spuścił garnek, a cała jego zawartość rozlała się mocząc jego chodaki i białe trampki Jade. Zgiął się w pół i wybuchnął śmiechem, o mało się nie przewracając. Nie zdziwiłaby się, gdyby zaraz ktoś tu przyszedł i spytał, o co chodzi i zobaczył ich w takiej oto dwuznacznej sytuacji.

- NO CO? CZY TO AŻ TAKIE ŚMIESZNE?!

Chłopak ledwo łapał powietrze i dławił się, przybierając odcień purpury, choć w jego przypadku było to maksymalnie niemożliwe.

- Faceci - burknęła, przeskakując przez furtkę. Idąc w stronę wielkiego buka, pod którym spotkała wczoraj Jamesa, w głowie wciąż dzwoniły jej słowa Newta: „Laska nie może być Zwiadowcą”.

- Jeszcze się przekonamy, żałosne sztamaki. - Uśmiechnęła się pod nosem. Zaczęła wtapiać się w strefę i w jej słownictwo. Lekkim truchtem, nie odwracając się, zmierzała w stronę drzewa.

***

Cisza i spokój w tym miejscu były aż za mocne. Samotność i uczucie zamknięcia niczym czarne chmury wisiały nad Jade, przykuwając ją do ziemi jak kajdany z kulami trzymające więźnia w jednym miejscu.
"Jestem więźniem labiryntu" - pomyślała.
 
- LABIRYNTU - wyszeptała z goryczą. Żółć napłynęła jej do gardła. Niedobrze jej się zrobiło, myśląc, że jest w nim zamknięta i nic nie może zrobić. Jedyną opcją było...
- Bycie zwiadowcą - szepnęła. Oparła się o pień patrząc w jakiś punkt. - Jestem w dupie. Dlaczego oni sądzą że nie nadaje się na Zwiadowcę? - Rzuciła kamieniem w dal. Tak samo zrobiła z kolejnym i z kolejnym. Kiedy kamienie i kamyczki się jej skończyły, zaczęła skubać trawę wokół drzewa. Zdawało się być stare, a chłopcy mówili, że są tu od czterech miesięcy. – Wychodzi na to, że ten, kto mnie tu zesłał, zaplanował to dawno temu, o ironio – westchnęła i spojrzała na swoje palce.

 Były całe brudne od kamieni. Usłyszała ptaki, ich śpiew coś jej mówił, przypominał. Kolejne wspomnienie które pojawiło się tak szybko jak i zniknęło. Bolała ją od tego głowa. Przebłyski, których nie potrafiła nigdzie przypasować ani dobrze się im przyjrzeć. Łzy zaczęły jej cieknąć po policzkach. Uczucie pustki i bezradności po raz kolejny uderzyło prosto w serce, tym razem ze zdwojoną siłą. Chciała płakać, krzyczeć, bić i wić się w spazmach bólu, jakby to miało coś dać. Skrzywiła się. Zupełnie dała się ponieść słabości. „To dobrze”- szepnęła do siebie, -„Zejdzie to z ciebie i już nie wróci". Ale i tak wraca i wracać będzie.

- Dlaczego taka fajna laska jak ty płacze? - To głos Gally’ego. 

Nie musiała otwierać oczu, by go poznać. Za bardzo ją wszystko bolało, żeby zrobić cokolwiek. Myślała, żeby zostać Zwiadowcą, a beczy, bo nagle sobie przypomniała, że nie ma mamusi

- Nonsens - szlochnęła. Na jej bladoróżowych policzkach były już wyżłobione czerwone strugi od łez.

 Chłopak przykucnął i bez wahania otarł je. Rozwarła szeroko swoje niebieskie oczy. Świeciły się od łez.

- Co się dzieje? - szepnął tkliwie. Nie sądziła, że go na to stać. 

 Pozwoliła mu się dotknąć. Nie wiedzieć czemu obdarowała go minimalnym zaufaniem. Jego dotyk sprawił, że dostała gęsiej skórki.

- Gally... to miejsce... dlaczego? - spytała z żałością. 

Blondyn nic nie odpowiedział. Położył jej rękę na ramieniu. Dziewczyna zgięła się, chowając głowę miedzy kolana. Cała gorycz i złość wypłynęła z niej nagle – DLACZEGO?! -wrzasnęła, a jej rozdzierający krzyk rozniósł się echem po strefie.

- Nie wiem - odpowiedział w końcu. - Musimy... znaleźć stąd wyjście, ono jest w labiryncie, Jade.

- Chcę być Zwiadowcą, chcę szukać wyjścia i nikt mnie tu nie zamknie, Gally. Może i jestem dziewczyną, ale nie jestem słaba. Nie. Jestem wolna, W CZYM LEŻY CHOLERNY PROBLEM?! - krzyknęła, wstając i uderzając przez łzy z całej siły w pień. Coś zatrzeszczało i strzyknęło. Prawa ręka Jade zaczęła robić się czerwona i puchnąć.- Gally... nie mogę rozprostować palców - jęknęła. Po chwili się skuliła i ścisnęła rękę.

- Widzisz, złość nie popłaca. Chodź, Plaster coś z tym zrobi - powiedział pospiesznie ciągnąc ją w stronę szopy. Biegli oboje jednak Jade i tak szybciej

- Wiesz ty co? Nad tym Zwiadowcą można by się nawet zastanowić, świerzynko.
Uśmiechnęli się oboje, jednak uśmiech spełzł z twarzy dziewczyny, kiedy ostry ból przeszył jej dłoń aż do ramienia.

***

- Zwichnięcie prawej ręki i nieźle obite kostki palców, coś ty dziewczyno robiła? - Ciemnowłosy chłopak przypominający wyglądem hindusa oglądał jej dłoń. Kiedy spróbował rozprostować palce natychmiast cofnęła dłoń.

- Muszę je nastawić, w przeciwnym razie będzie bolało jeszcze bardziej, ogay?
Skinęła głową. Gally złapał ją za zdrową rękę. Mimo wszystko nie cofnęła jej.
- Jeden... - Po plecach przeleciał jej dreszcz. - Dwa... - Gally mocniej ścisnął jej dłoń. - Trzy! - Szopę rozdarł przerażający wrzask. Mocno ścisnęła oczy, łzy dały upust, spływając po policzkach. 

Gally wciąż ściskał jej zdrową dłoń, patrząc prosto w oczy. Nagle do pomieszczenia wpadł Newt.

- Co u licha tu się wyprawia?! Gally! Jade co ci się stało!? - krzyknął, podchodząc do strefowego lekarza. - Jeff, może powiesz mi o co tutaj biega?!

- Zwichnięty nadgarstek i poobijane kostki dłoni. Muszę jeszcze nastawić jej dłoń i zawinę. Szczerze, sam bym chciał wiedzieć, co się jej stało. To mi nie wygląda na wypadek przy pracy, w szczególności, że jeszcze nie została przydzielona do opiekuna, prawda? - Jeff zdawał się nie być pewnym swoich słów.

 Patrzał to na spoconego i zdyszanego Newta, który musiał biec, kiedy usłyszał krzyk, a to na bladego od krzyków i wrzasków Jade Gally’ego.

- Jade, jak to się stało?

Wyrwała rękę z uścisku Gally’ego i wbiła wzrok w piękne, ciemne oczy Newta. 


Nagle chatkę ponownie rozdarł krzyk, kiedy Jeff nastawił kość na swoje miejsce. Wpiła paznokcie w jego dłoń, ale on nawet nie krzyknął. Kolejna samotna łza słynęła jej po policzku. Nie spuszczali z siebie wzroku.

- Po wszystkim - powiedział Gally przez zaciśnięte zęby, piorunując Newta wzrokiem. 

Burknął coś niedbale, po czym wyszedł, trzaskając drewnianymi drzwiami, a raczej związanymi gałęziami o średnicy ok. 20 cm.

- Co go ugryzło? - spytał Jeff, patrząc pytająco na Newta, który teraz kucał przy dziewczynie. 

Obecność Newta sprawiła, że zrobiło jej się wstyd. Zachowała się jak mała dziewczynka, piszcząc i płacząc podczas nastawiania kości.

- Jest ci ciepło? Wydaje się, jakbyś miała gorączkę... masz wypieki. - Jeff przyłożył rękę do jej czoła i policzka.

- Nic mi nie jest - ochrypłe zdanie pełne ukrytego bólu wydostało się ze ściśniętego gardła dziewczyny. 

Newt puścił jej dłoń i zaczął iść w stronę drzwi. Rzucił tylko:

- Cieszę się, że laleczce nic nie jest... nie poobijaj się jeszcze bardziej do jutra, bo zaczynasz jutro w zielni, a pojutrze u budoli - rzucił beznamiętnie i skinął Jeffowi, aby kontynuował. 

Newt stał tam jeszcze, dopóki  ciemnoskóry nie przestał owijać ręki oraz nadgarstka Jade. Westchnęła. Promienie zachodzącego słońca wydostające się do zbitki oświetlały włosy Newta, nadając im kolor dojrzałego zboża. Uniósł wzrok. Jego brązowe niczym kakao oczy świeciły się. Nie mogła przestać na niego patrzeć. Syknęła i zacisnęła powieki kiedy Jeff zacisnął pętelkę na ręce.

- Powinno być dobrze. Staraj się jej nie nadwyrężać przez dwa tygodnie, a powinna znów obijać się... o cokolwiek się tam wcześniej obijała. - Zrobił okrężny ruch rękoma próbując zobrazować swoje myślenie. 

Newt wywrócił oczami i zacisnął zęby. Odwrócił się na pięcie i wyszedł zostawiając Jade samą z Plastrem.

- Dzięki - rzuciła pośpiesznie. Wstała.

- Newt ci się podoba, prawda? - rzucił ciemnoskórych chłopak, opierając się o ścianę drewnianej chaty z uśmiechem na twarzy. 

Spuściła wzrok i zmusiła się do wypowiedzenia tego zdania normalnie, bez złości, bez nienawiści i frustracji.

- Nie i raczej nie będzie, dupek z niego.

Wyszła.

 ***
 
Przebłyski i światła. Zamazane postacie i znajome głosy. Woda. I znów światło.

- Jade i Thomas... Teresa to zabezpieczenie. Ma skłonności samobójcze - rzekła jakaś kobieta. 

Obraz znów zaczął migać i ten chłopak. Stał po drugiej stronie czegoś, co wyglądało jak pulpit nawigacyjny. Miał niebieskie oczy, szatyn. Patrzył na nią, przesuwając coś na swoim pulpicie.

- Nie chce tego robić - dziewczęcy krzyk rozlega się w pomieszczeniu. 

Czuje tylko ból w plecach.

- DRESZCZ JEST DOBRY...


***

Otworzyła wielkie, ciemne oczy i spojrzała w sufit. Nie zmienił się. Wciąż był taki sam. Nie to, co nowo powstały mętlik w głowie dziewczyny.

– DRESZCZ - wyszeptała bezgłośnie.

środa, 3 czerwca 2015

IV Tak samo jak nigdy

Nie potrafiła zasnąć. Przez większość nocy śniło jej się ciemne pudło, w którym przybyła, i woda, mnóstwo wody, oraz wrażenie, jakby się topiła. Patrzyła w ciemny sufit. W pomieszczeniu nie było okien. Słabe światło zachodzącego słońca zaczęło wpadać do pomieszczenia. Obróciła się. Spała najbliżej wyjścia, na hamaku tuż koło ściany. Kawałek dalej na takim samym hamaku spał Mihno, po jego drugiej stronie Alby. Między nimi na pryczy przewracał się jakiś jasny chłopak. Dopiero, gdy podniosła głowę, zorientowała się że to Gally. Zrobiło jej się wstyd, z drugiej strony, chłopak wyglądał bardzo zabawnie w tej pozycji. Leżał na plecach rozłożony jak figura Leonarda Da Vinci. Uśmiechnęła się i ułożyła wygodnie. Minho leżał na brzuchu z jedną ręką zwisającą z hamaku. Gdyby była chamska, przechyliła by go lekko, a Minho z łoskotem upadłby na Gally’ego. Musiałoby to naprawdę zabawnie wyglądać.... musiałoby. Zgred Alby prawdopodobnie nie podzieliłby jej entuzjazmu, a pewnie jeszcze, jak oni to mówią, „zepchnął z urwiska”. A ona nadal nie wiedziała, co to jest urwisko, ani o co im chodzi. Czuła, że to raczej nic dobrego. 
 
Na końcu jej czuły wzrok spoczął na Newcie. Spał jak zabity. Jego gęste włosy, które były aktualnie w nieładzie, opadły na jego zmęczoną od pracy twarz. Leżał na plecach, jego klatka piersiowo miarowo wznosiła się i opadała. Leżał niecałe pół metra od Jade. Delikatnie wyciągnęła dłoń i odgarnęła jego włosy z czoła. Nagle zachwiała się i z głośnym rumorem uderzyłaby o podłogę, jednak mocno złapała się hamaka i zawisła niczym leniwiec. Cicho opuściła się lądując bezgłośnie na ziemi koło Newta. Zagryzła wargę i z całą swoją gracją i szybkością z powrotem wślizgnęła się na beżowy hamak. Zwinęła się w kulkę i z rumieńcami na twarzy zakryła się kocem. Po raz ostatni spojrzała na Newta. Ku jej zaskoczeniu chłopak już nie spał. Wzdrygnęła się i o mało ponownie nie spadła z posłania.

- Spać nie możesz? Na poranne manewry ci się zebrało... – szepnął, a raczej mruknął, rzucając jej sarkastyczne spojrzenie.

Jade przez chwilę zastanowiła się czy aby na pewno nie poczuł jak odgarniała mu jego miękkie włosy z czoła. Uniosła głowę z poduszki i westchnęła. Pokiwała głową i przewróciła się na plecy. Newt niczym ninja wstał i sięgnął po koszulkę. Poczuła jak robi jej się ciepło. Na widok Newta bez koszulki przekręciła głowę w drugą stronę. Gdyby spojrzała teraz lustro, zapewne miałaby poliki koloru krwi.

- Newt, długo jeszcze? - szepnęła, ściskając koc.

- Peszę cie? - rzucił za jej plecami.

- Nie, wcale...

 - To dobrze, chodź, idziemy na wycieczkę, zanim te cholerne sztamaki się obudzą. - Zrobił zachęcający ruch ręką.

Jade ociężale podniosła się z łóżka, o ile można było nazwać to łóżkiem . Ubrała buty i po cichu zeszła za blondynem po schodach

- Tylko nikogo nie podepcz, świerzuchu. - Rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie i szedł przodem. 

Jade próbowała, jak tylko mogła, wymijać dłonie i nogi streferów, jednak przy wejściu było ich totalne zagęszczenie. Nie mogła się nadziwić Newtowi, jak on to robi, że nikt jeszcze nie jęknął z bólu. Musiał być w tym wyćwiczony. Przy samym końcu, gdy miała już wyjść, potknęła się o czyjąś podsuwającą się nogę i zapewne uderzyłaby o ziemię, wpadając na owego gościa. W ostatnim momencie Newt złapał ją za ramiona, uniósł i szybkim ruchem rzucił na betonowe płyty już poza budynkiem. Zdzierając sobie skórę z rąk i kolan, dziewczyna jęknęła, a chłopak zamknął drzwi.

- To bolało, wiesz?! Może i jestem nowa, ale nie jestem głupią laleczką, którą można obracać na prawo i lewo, panie Newt! - rzuciła wielce obrażona. Chłopak nawet nie podał jej ręki.

- Cholerne sztamaki przysparzają tylko kłopotów - powiedział ze zgrzytem zębów.

- Proszę! Mogę się wrócić i położyć powrotem!

- Ale ja z dobrego serca postanowiłem cię wziąć na wycieczkę, więc zawrzyj twarzostan i nie zadawaj klumpiastych pytań! - warknął i zaczął iść w stronę zagród. 

Szli w ciszy, nie odzywając się do siebie. Według Jade, Newt był jak rasowa baba, miał ciągle jakieś humorki. Udawał twardziela, robił wszystko co chciał. „No tak, przecież jest jednym z tych ważniejszych." Oparł się o bramkę i rozpoczął pierwszy punkt wycieczki.

- No więc tu są farmy, ale to już chyba wiesz. Hodujemy tu owce, świnie, krowy oraz indyki. Zaraz obok pracuje nasz szanowny jegomość, rzeźnik Winston. Jest jednym z opiekunów, u których będziesz się szkolić przez jeden dzień.

Dziewczyna się wzdrygnęła. "Rzeźnik??!!! ” Nawet jej na myśl nie przyszło, aby zarzynać i patroszyć te biedne zwierzęta, które nic nikomu nie robiły. Jade zastanowiła jedna rzecz: czemu zaczynał wycieczkę na krzyż? Chyba lubił spacery, albo chciał z nią pogadać, chociaż po tym, jak się zachowywał, wywnioskowała, że nie jest skłonny do rozmów.

- Rozpruwacz... paskudna robota. - Obrócił się w jej stronę. Musiała być, albo cała czerwona, albo cała blada, bo Newt parsknął takim śmiechem, jakby mu ktoś opowiedział najlepszy kawał na świecie. - Widzę, że niezbyt interesuje cię praca obcinania interesu świnkom na kiełbasy dla tych sztamaków.

- A żebyś wiedział - mruknęła.
 
Objawy niewyspania zaczęły pojawiać się coraz częściej w postaci ziewania i ciężkich powiek.
 
Zwierzęta były na noc zamknięte w małej szopie obok, więc i po owych ofiarach tortur 
Winstona nie było śladu. Newt żywszym krokiem szedł w stronę ciemnego lasu, który składał się z mrocznie wyglądających dębów i świerków. Stała tam jedna czy dwie ławki. Do lasu prowadziła wąska ścieżka, ginąca w tamtejszym mroku lasu. Wydawał się być obszerny, w porównaniu z resztą strefy, oraz najbardziej tajemniczy i niebezpieczny (nie porównując już do labiryntu).

- A to grzebarzysko. Gości, którzy często odwiedzają to miejsce, nazywamy grzebaczami. Muszę ci wyjaśniać o chodzi czy chcesz się sklumpować w gacie? Jesteś tu niepełną dobę, jednak zdążyłaś się już w miarę z tymi sczylniakami oswoić, także wątpię, żeby ktoś chciał cię tam zgwałcić. - Dziewczyna się wzdrygnęła- Spokojnie, Świerzynko, żartowałem.

- Bardzo śmieszne, Newt, oszczędź sobie tych żartów - dodała, masując wciąż obolały łokieć. Chłopak odwrócił się. Przez chwilę odnosiła wrażenie, że rzuci coś w rodzaju „przepraszam czy coś”, ale nawet nie drgnął, był jak skała. To ją zabolało.

- Nieważne, chodziło mi tylko o to, że zawsze można tu odpocząć i połazić, pobić się z myślami...

- Porozmawiać... - szepnęła, patrząc mu w oczy. Natychmiast opuścił wzrok i odwrócił głowę.

-Taaa, może chodźmy dalej.

"Głupi twardziel”, syknęła w myślach, idąc tuż obok niego. Z każdym krokiem zdawała się być coraz bardziej spięta. Newt nawet nie zwracał na to uwagi, chciał tylko mieć to z głowy. Głośny zgrzyt południowych wrót na dobre ją rozbudził. Ten pisk i skrzypnięcie oraz chrzęst bram na 100% obudził pół strefy, jak nie i całą. Dziewczyna automatycznie zatkała uszy dłońmi i schyliła się.

-Przyzwyczaisz się, Njubi - krzyczał blondyn przez cały hałas.

„Njubi? co do jasnej..." - pomyślała. Kiedy wrota w pełni się rozwarły, wbiegło do nich dwóch chłopaków, w tym jednym okazał się być Minho. Szybko obejrzała się w inne strony, w pozostałych wrotach stało się tak samo. Łącznie ok. 8 chłopców wbiegło do labiryntu. Wydawało się jej też, że zobaczyła tam Galley’ego, jednak nie była w 100% pewna.

- Nawet o tym nie myśl, chodź - szarpnął ją za bluzę i pociągnął w stronę szopy, gdzie znajdowała się mapiarnia.

- Chcę być zwiadowcą - szepnęła praktycznie niesłyszalnie. 

Jednak ciemnooki musiał to zauważyć, bo zelżył uścisk i spojrzał na nią ze zdziwieniem na twarzy. Złapał ją za oba ramiona i lekko potrząsnął.
 
-Słuchaj, lalecz... Jade. - Dzielnie się powstrzymywał od walnięcia gafy. 

Podziwiała go za to. - Nikt normalny nie chce zostać zwiadowcą. Zresztą, zwiadowców wybiera zgromadzenie. Wybacz, ale laska zwiadowcą? Coś mi to na żołądku nie leży.

- A co, jeśli jednak chcę? - Zepchnęła jego ręce z ramion. - Kiedy jest to najbliższe zgromadzenie? - zirytowała się. 

Nie sądziła, że Newt może być taki płaski, żeby wątpić w jej możliwości. Popis dała uciekając przed Minho.

- Dziś wieczorem, ale i tak na nic nie licz. Zwołują to zgromadzenie tylko dlatego, że w pudle pojawił się Świerzuch-dziewczyna, nic poza tym. Kolejne jest za dwa tygodnie. Wtedy przydzielimy cię do roboty. Nie myśl o tym - dorzucił.

- A co, jeśli żadna z tych pracy mi się nie spodoba, albo się do niej nie nadaję? Wtedy dostane szansę?

- Nie, wtedy zostaniesz pomyjem, i będziesz czyścić kible z klumpów, i myć prysznice. Nikt normalny po kilku dniach w strefie nie zostaje pieprzonym zwiadowcą, Jade. Nikt, więc z łaski swojej zawrzyj twarzostan i nie zadawaj pytań aż do końca wycieczki.

Właśnie coś zrozumiała. Newt chyba skumał, że był dla niej za miły i teraz udaje, że ją zlewa albo po prostu ją zlewa. „Super”- pomyślała. Przeszli ponownie na krzyż, po czym chłopak wsadził ręce do kieszeni i zatrzymał się przed szklarnią i małym sadem. Zauważyła, że kilku streferów już wstało i pierwsze, co robią, to udają się w stronę kuchni sławnego Patelniaka, którego dziewczyna jeszcze nie miała okazji poznać.

- Kto jest opiekunem zielni? - spytała, patrząc na zadbane i nawodnione rośliny. Zainteresowało ją to, jakim cudem mają tu wodę. - Jak nawadniacie to coś? - Wskazała palcem, kucając.

- Charlie. I przez rury w ziemi, purwa, miało nie być więcej pytań aż do końca wycieczki, pikolona Njubi - warknął, idąc w stronę betonowego budynku, który miał przesławne żelazne wrota. - To jest mapiarnia. Ogólne to tyle, jeśli chodzi o strefę. Jedynie co się tu zmienia, to Njubi, robole takie jak ty.

Czuła się urażona, gdy mówił do niej aż tak ostrym tonem. To nie ten Newt, który wyciągnął ją z pudła.

- CZY TERAZ MASZ JAKIEŚ PYTANIA? - zapytał głośno.

- Nie krzycz na mnie... - wyszeptała.

Sprawiała wrażenie, jakby miała zaraz się rozpłakać. Manipulacja, kolejna jej część. Wyraz twarzy Newta trochę złagodniał, jednak wciąż był twardy

- Czy jednak na tym szanownym zgromadzeniu mógłbyś o tym wspomnieć? Czuję, że raczej bycie pomyjem, cokolwiek to znaczy, albo praca u Wintona, mi nie przypadnie - westchnęła, wzruszając ramionami.

- A ty znowu o tym... Wybacz, po prostu Alby stwierdził wczoraj, że za bardzo się do ciebie przymilam. - Gdy to mówił, śmiał się tak, jakby to rzeczywiście było dla niego śmieszne. - Naprawdę to tak odczuwasz?

- Nie, dlaczego niby? Lubię jak ktoś... jest dla mnie miły - dodała, uśmiechając się lekko, a Newt zrobił to samo. - O ile mogę tak powiedzieć jako Njubi. - Zabrzmiało to w jej ustach bardzo nienaturalnie. - Mogę mieć chyba kumpli, co nie?

- Nie ma przeciwwskazań, Świerzynko. - Trącił ją lekko w ramię, śmiejąc się przy tym. 

„O ironio...” - westchnęła, pchając chłopaka na lewo. Na ich nieszczęście w ich stronę szedł ten sam wysoki Murzyn, który tak na nią nawrzeszczał, gdy zeskoczyła na Minho. Tuż obok niego szedł James i jakiś blondyn w rozchylonej koszuli ukazującej tors.

- O cholera... – jęknęła, chowając się za Newtem.

- Hej, Newt, wycieczka skończona? Miło w końcu poznać tę pogromczynię chłopków, o której mi tyle mówiłeś, Alby - rzekł blondyn, wystawiając przyjaźnie dłoń do Jade. 

Uśmiechał się przy tym, co ukazało jego bliznę na ustach. Było to niewielkie rozcięcie. Jade nie miała ochoty z nim rozmawiać, wyglądał co najmniej wyzywająco, a jego usta same mówiły „no chodź kiciuuu”. Dziewczyna nie zareagowała.

- Ta i owszem. Jade, to Stephen, nasz strefowy podrywacz i kombinator, Steph, poznaj naszą nową i niebezpieczną Njubi - Jade. A, i z tego co wiem, Max zabronił ruszać dziewczynę do czasu zgromadzenia, więc zabieraj te swoje grabie i zrób z nich jakiś pożytek.

- Zaprowadź mnie na śniadanie, ten kolo mnie przeraża - mruknęła zza jego pleców Jade. 

Newt zawołał szybko jakiegoś strefera i kazał zaprowadzić Jade do Patelniaka, a sam poszedł ze Stephenem, Albym i Jamesem w stronę mapiarni. Dziewczyna kompletnie nic z tego nie rozumiała. Wciąż miała mętlik w głowie i pełno pytań, jednak teraz wolała zatopić się w pysznym bekonie Patelniaka. Nie rozumiała, dlaczego streferzy żartowali sobie z tego żarcia. Jak na takie warunki, było to niebo w gębie.

piątek, 22 maja 2015

III Nowa



 Alby i Minho zniknęli w budynku za żelaznymi drzwiami, a Gally zdążył odłączyć się po drodze. Newt zatrzymał się przy drzwiach i oparł się o ścianę. Nie było tu wiatru, lecz gdyby był, zapewne w tej pozycji chłopak wyglądałby seksownie. Przeczesał swoje gęste włosy i spuścił głowę. Jego ciemne oczy w kolorze kasztanów spoglądały na popękany bruk dziedzińca. Pomiędzy pęknięciami wyrastała trawa lub jakieś chwasty, od czasu do czasu trafił się mlecz. Nic nie mówił.

"Kurde, Jade, nie powiesz, że ci się nie podoba" - pomyślała. Coś w tym było. Miał na sobie brązowy podkoszulek, brudny od niezidentyfikowanych plam i kurzu. Jego gęste, złociste włosy, co prawda były przydługie, jednak dla niej idealne. Umięśnione ramiona były zapewne wstanie unieść niejeden ciężar.

- ...co nie, Jade? Jade! - Chłopak pstryknął jej palcami przed oczyma. Dziewczyna oprzytomniała i, zawstydzona, spojrzała mu w oczy. Czuła, że płonie w środku. Newt wybuchnął śmiechem, a jego towarzyszka zadrżała.
- Może jednak coś było w tym, co mówił Minho.

- Spadaj! - Pchnęła go na mur i odwróciła się. Szybszym krokiem udała się w stronę dziedzińca, idąc najdalej, jak tylko mogła, od tej świni. Nagle magiczna bańka, którą wytworzyła sobie na temat Newta, gwałtownie prysła.

- Ej, mała, wylaksuj! Wcale nie twierdzę, że...


- NIE MÓW TAK DO MNIE! Mam na imię Jade!
Zacisnęła pięści i kopnęła w kamienie na betonie. Puściła większego buraka niż się spodziewała. Gapiła się w ziemię. Zatrzymała się dopiero przy wielkim dębie koło farm.

~*~

Spojrzała w górę.

- Ty jesteś tą dziewczyną, tą... Njubi? - Ciemny brunet o rdzawych oczach stanął obok niej. Tak jak ona uporczywie szukał czegoś w wielkim dębie. Jade spojrzała na niego, odrywając się od swoich chorych myśli.

- Taaa, a ty jesteś pewnie ten, jak wy to mówicie... sztamak, co miał mi załatwić wyro i jakąś szamę... - W ustach Jade musiało to zabrzmieć dziwnie. Chłopak nie mógł mieć więcej niż 16-17 lat. Wyglądał jak każdy w strefie. Niegrzeczny chłopiec w pobrudzonych ciuchach i znoszonych butach. Był przystojny, a jego głos był całkiem miły. Nie to co głos Gally'ego czy Alby'ego.

- Phi, to sztamaka nie widziałaś. Jestem James, a ty to pewnie Jade, co uciekła Minho? Haha! Cała strefa o tym gada, a on sam przygotowuje się do swojego pierwszego zwiadu po labiryncie, jako zwiadowca. Purwa, za dużo powiedziałem... - Przeczesał włosy i uśmiechnął się, zawstydzony. - Nie zadawaj pytań - rzucił, zanim Jade zdążyła otworzyć usta. Chciała dokładniej wypytać go o zwiadowców i o labirynt, jednak wiedziała, że lepiej nie psuć sobie stosunków ze wszystkimi facetami.

- Cholera, dlaczego nikt nie chce mi nic powiedzieć!?
Tupnęła nogą siadając z obrażoną miną na pasie zieleni wokół drzewa.

- Słuchaj, jesteś świerzuchem, dowiesz się w swoim czasie, a teraz wstawaj i idziemy po jakieś żarło do Patelniaka. Jeść mi się chce. - Chłopak olał siedzącą na ziemi Jade i powolnym krokiem zaczął iść w stronę farmy zwierząt. Dziewczyna oburzyła się i opuściła ramiona, przekrzywiając głowę na bok.

- "Dowiesz się w swoim czasie, bla bla bla". Czemu do jasnej klumpiastej, jak wy to mówicie, wszyscy traktują mnie tu jak dziecko!? Jestem starsza od większości z was! - warknęła, wstając i strzepując kamienie ze swoich czarnych legginsów. Chłopak zaśmiał się.
- Jak na świerzynkę jesteś strasznie marudna i dociekliwa. Za bardzo. Radzę Ci trzymać chlipało na wodzy, inaczej Alby Ci je ukróci - taka mała rada na przyszłość.
James włożył ręce do kieszeni. Szedł tak szybko, że Jade ledwo za nim nadążała.

~*~

Przeszli przez dziedziniec, a dziewczyna raczej truchtała tuż obok wysokiego towarzysza. Co jakiś czas mijali streferów, którzy oglądali się za Jade. Czuła się strasznie nieswojo. Była przestraszona, zła, sfrustrowana, osaczona, samotna. Burza uczuć, jaka w niej pulsowała, potrzebowała gdzieś się ulotnić . Marzyła, żeby ktokolwiek z nią porozmawiał i nie wyśmiał jej. Wiedziała, że tu to niemożliwe. Nagle jej serce zrobiło się ciężkie, a w żołądku poczuła ukłucie. Po tylu spotkaniach z glebą, miała ochotę położyć się i spać. Nagle podłoże zaczęło się trząść, a kamienie na posadzce podskakiwać. Głośne zgrzytanie i pisk wydobywał się ze wszystkich stron. Jade obróciła głowę. Straszliwe zgrzytanie wydobywało się z szczelin labiryntu. Kamienne ściany jakby nagle zaczęły się zamykać od prawej do lewej.

- Co to, do jasnej cholery, jest!? - wrzasnęła, a James położył jej rękę na ramieniu.

- To labirynt. Zamyka się na noc i rano ponownie się otwiera. Przyzwyczaisz się, Njubi, chodź, bo te smrodasy wsuną całe nasze żarło.
James w ogóle nie przejął się tym, że wielkie ściany grubego labiryntu tak po prostu, wbrew prawom fizyki zaczęły się zamykać. Blada jak ściana dziewczyna patrzyła, jak jakakolwiek wolna przestrzeń między ścianą a murem zanika. Ciarki przebiegły jej po plecach, a zimny pot oblał jej ciało.

- JAK WIELKIE MURY MOGĄ SIĘ TAK PO PROSTU PORUSZAĆ!? JAMES ODPOWIEDZ MI! - wrzasnęła, przekrzykując okropny dźwięk zamykających się wrót.

- A ty dalej... Ehh, to są wrota, jak już mówiłem. Mniej pytań a więcej milczenia. - Jade przypatrywała się jeszcze przez chwilę dopóty, dopóki wielkie, jak to powiedział James, "wrota" się nie zamknęły. Stała jeszcze kilka sekund w osłupieniu, patrząc na wąską, ledwo zauważalną szczelinę w zamknięciu.

Brunet szarpnął ją i pchnął do przodu. Zacisnęła zęby i szła zaraz obok chłopaka. "Mniej pytań, więcej milczenia" - łatwo ci mówić - mruknęła ledwo słyszalnie. Przez resztę drogi w ogóle się do siebie nie odzywali.


~*~

Siedziała samotnie na ławce, przeżuwając jabłko i wciąż rozmyślając o labiryncie, zwiadowcach i monstrualnych wrotach zamykających się na noc. Chłopcy siedzieli w ławkach obok, śmiejąc się i wygłupiając, ewentualnie od czasu do czasu obczajając Jade. Dwie ławki dalej siedział Newt. Wcinał jakąś kanapkę i rozmawiał z Alby'm i jakimś niższych chłopakiem. Jedna noga Jade zalegała na ławce, a druga swobodnie zwisała, nie dotykając ziemi. Nagle Newt wstał i skierował się w jej stronę. "Super, jeszcze on" - pomyślała. Ugryzła kolejny kęs czerwonego jabłka i spojrzała na mroczny las, który w większości składał się z przeschniętych drzew, rzucających złowieszczy cień od zapalonych pochodni. Był już metr od niej, kiedy była pewna, że coś powie, jednak on bez jakiegokolwiek spojrzenia czy słowa wyminął ją i podszedł do wysokiego, rudowłosego chłopaka popijającego wodę. Jade poczuła, jak ogarnia ją złość i osamotnienie. Jedyna osoba, którą miała za w porządku ją olała. Westchnęła. "Co za ironia losu". Jedyne co spodobało jej się dotychczas w strefie, to żarcie. Postanowiła zrobić coś totalnie idiotycznego, co jej w tamtym momencie wydawało się zabawne. Wstała i podeszła do stolika, przy którym siedział Minho i jeszcze trzech chłopaków.

- Hej, jak tam żarcie? - Ciekawsze pytanie jej się nie nasunęło. Chłopcy spojrzeli na nią jak wryci, a ona, podpierając się na łokciu, uśmiechała się lekko.

- Nasza księżniczka, witaj, Jade. Jak pierwszy dzień w strefie? O ile można nazwać go pierwszym. - Minho zaśmiał się tak, jak i reszta jego kompanów. Dziewczyna westchnęła i uderzyła głową o ławkę.

- Fatalnie - rzuciła. Minho położył jej rękę na ramieniu i poklepał parę razy.

- Przyzwyczaisz się, świerzynko. To pierwszy dzień, on zawsze jest najgorszy.

- Cześć chłopaki, cześć Ja-... O purwa. - To był Newt. Podrapał się po głowie i usiadł naprzeciw niej. Dziewczyna poczuła ukłucie w brzuchu. Wbiła w niego taki wzrok, jakby chciała go zabić. Minho musiał to chyba zobaczyć, bo uśmiechnął się chytrze. Reszta mu zawtórowała.
 - Możesz przestać się wkurzać?! To się robi irytujące - powiedział jej prosto w oczy, wstając. Jade zrobiła to samo.

- A ty nie jesteś nic lepszy. Mógłbyś mnie nie irytować? To mnie wkurza.
Newt się zaśmiał. Dziewczyna nie bardzo wiedziała, o co mu chodzi. Reszta obecnych chłopców obserwowała tę dwójkę w napięciu.

- Później damy sobie po łapach, nie przy nich - syknął blondyn, zbliżając się do Jade.

Nie wiedziała, o co chodzi Newtowi. Chciała się stamtąd jak najszybciej ulotnić.
-Niech ktoś jej pokarze, gdzie są łazienki - rzucił do towarzystwa. Jakiś mniejszy chłopak wyłonił się z tłumu chętnych i poszedł w stronę budynku z mapami, prowadząc kobietę za sobą.

~*~

To tam spali streferzy. Świadczyła o tym ilość rozłożonych kocy i śpiworów. Mały chłopiec wskazał jej palcem betonowe pomieszczenie. Weszła do środka. Paliła się tam jedna świeczka i wisiało krzywe lustro, a pod nim miska napełniona wodą. Spojrzała na siebie. Była niską szatynką z lekko falowanymi włosami o niebieskich, przenikliwych oczach oraz smukłych rysach twarzy. Nie należała do tłustych, a raczej do kościstych. Nie miała więcej niż 15-16 lat? Co ona robi w takim miejscu?

- Jestem aż taka kiepska?-  jęknęła, patrząc na siebie.

Nie dziwiła się, że nikt do tej pory jej nie polubił. Gdy się krzywiła, wyglądała strasznie. Usiadła na stołku i przejechała włosy dłonią. "Nic już nie będzie tak jak dawniej" - nasunęło jej się.

- Długo będziesz jeszcze na siebie narzekać? - powiedział przyjemny męski głos.
Dziewczyna od razu go rozpoznała. Otworzyła drzwi i z trupią bladością spojrzała na niego. W świetle lampy granice między jego tęczówkami a źrenicą zaginęły zupełnie, a oczy świeciły się. Newt stał oparty o betonową ścianę "łazienki". Miał na sobie brudną i poplamioną białą bluzę z kapturem, rozpinaną na zamek.

- Być może.. Dobre pierwsze wrażenie poszło się rypać - westchnęła, stając obok blondyna. Co dziwne, chłopak parsknął śmiechem i uśmiechnął się do niej. UŚMIECHNĄŁ SIĘ! Dobrze, że było ciemno. Nie mógł zobaczyć, jak się rumieni. Odkąd przywitał ją w strefie, czuła do niego pewnego rodzaju słabość. Sama do końca jej nie rozumiała, po prostu tak było.

- Haha, masz jeszcze dużo czasu żeby nam zaimponować -"Cholera" - pomyślała.
- Jutro któryś z tego klumpowatego szefostwa oprowadzi cię po strefie, a za dwa dni trafisz do pierwszego z opiekunów i tak przez kolejnie 10 dni. Po tym czasie zwołamy zgromadzenie, które zdecyduje, pod które skrzydła trafisz... I tak musimy je zwołać... Jesteś pierwszą laską która tu trafiła...
Dziewczyna podrapała się po głowie. Opiekunowie? Zgromadzenie? O czym on do cholery gadał?!
- Widzę że nie masz cholernego pojęcia o czym mówię... - Pokręcił głową.

- Nie wiem, masz rację. BO NIKT NIE CHCE MI NIC POWIEDZIEĆ! - krzyknęła, unosząc ręce do góry, aby następnie uderzyć nimi o beton.

- Wylaksuj ma-... to znaczy Jade, na wszystko przyjdzie pora.
Zbliżył się do niej na tyle, że ich twarze dzieliły centymetry.

- Twoje początki w strefie też były podobne? - szepnęła w jego usta.
Dziewczyna topniała pod jego dotykiem. Przejechał jej po ramieniu ręką. "Złap mnie za rękę" - pomyślała.


- Ja trafiłem tu z paroma innymi osobami 4 miesiące temu. Jesteś trzecim Njubi, który przybył w pudle... i pierwszą dziewczyną w strefie, na prawie czterdziestu facetów. Patrzyli sobie w oczy.
Policzki Jade były już jak dorodne pomidory z ogrodu. Pochodnia, która była wbita w ziemię nieopodal, zaczęła gasnąć. Jade zaczęła drżeć. Newt spojrzał w jej oczy beznamiętnie i rzekł:

- Chodź, trzeba się wyspać. Jutro ważny dzień. Odwrócił się i zaczął iść w stronę budynku z mapami.
Dziewczyna stała chwilę, zauroczona Newtem, dopóki ponownie jej nie zawołał. Szła jak zaczarowana. Przez krótką chwilę była pewna, że Newt ją pocałuje, jednak uświadomiła sobie, jakie to głupie. Niemożliwością było, aby taki ktoś jak Newt zwrócił na nią uwagę. Szli w milczeniu, aż doszli do budynku, wymijając śpiących chłopaków. Weszli po schodach na górę, gdzie Minho przygotował mu już śpiwór, a dziewczynie hamak. Położyła się na boku i pozwoliła, by sen zamknął ją w swoich objęciach.




środa, 13 maja 2015

XII Hector-Wektor

~*~Aarone~*~
Łaziłam w kółko bez przerwy. Miałam ochotę się rozbeczeć i siedzieć w kącie bez powodu. Brałam leki, więc żadnych ataków i płaczów… nigdy więcej! Zrobiłam coś, na co bym się nigdy nie odważyła. Miałam wrażenie, że gdy go całowałam, to byłam naćpana. Mały Hector przypatrywał mi się, siedząc na krześle i bujając się na nim.
 
- Hector, nie bujaj się na krześle! - burknęłam, robiąc kolejne kółko na podłodze. Chodziłam - nie myślałam, stałam - myślałam i jakoś mi tak ciężko na sercu było. Bałam się, że to nic nie znaczyło, a co gorsza, że mogłam się w min zakochać? Jeśli tak, to strzelę sobie w głowę. Nie chciałam zbliżać się do ludzi, niszczyć tego, co być może stałoby się silne. Westchnęłam głośno i oparłam głowę o kanapę, która stała pod ścianą. Salon i kuchnia były jakby jednym pomieszczeniem, połączonym jedynie ścianą i podłogą. Dziadek spał, co się dziwić… w końcu było popołudnie. Wzięłam parę dni wolnego, aby zająć się moim nowym przyszywanym synkiem, któremu nadałam imię. Przyzwyczaił się, normalnie funkcjonował, jak normalne trzyletnie dziecko. Spał i nagle obudził się w moim domu, kto by się nie zdziwił? Przez głowę przymykały mi różne obrazy ale najwyraźniejszy to wzrok Harry'ego, gdy ten kretyn Eddy nadział go na te ostrza. Jego rdzawy kolor oczu utkwił we mnie, kiedy przez ten krótki moment jego wzrok spoczął na mnie. Oboje wiedzieliśmy, co to oznaczało. Nie wiem czemu, ale nagle zamiast Osbourna zobaczyłam tam Steve’a, jak patrzy na mnie tymi swoimi błękitnymi ślepiami. Zamknęłam oczy i zwinęłam się w kłębek. DLACZEGO DOROSŁE ZYCIE MUSI BYĆ TAKIE TRUDNE?! … Mniejsza, dziadek twierdzi, że duchem wciąż jestem czterolatką z Gżacka. Nie chciałam teraz z nikim rozmawiać, miałam tak poszarpany humor, że chyba bardziej gorszy być już nie mógł.
 
- To dla ciebie, mamo - Chłopczyk podał mi rysunek, na którym trzymał mnie za rękę. Mimowolnie na mojej smutnej twarzy pojawił się uśmiech. Powiedział do mnie mamo. Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek to od niego usłyszę. Łzy cisnęły mi się do oczu, myślałam, że popłaczę się ze szczęścia. Patrzał na mnie i uśmiechał się.
 
- No chodź tu, synku - powiedziałam przez śmiech, tuląc chłopczyka z lekko kręconymi włosami do piersi. Były takie miękkie i pachnące, i ciemne jak moje. Czułam, jak Hector słucha mojego cichego rytmu serca tak, jakby okazał się dla niego kojącą melodią. Objęłam go i pocałowałam w czółko. Był taki słodki i grzeczny, nie psocił, nie przynosił problemów i był bardzo pomocny. Jak dla mnie, trochę za szybko się zaaklimatyzował, ale jeśli naprawdę mu się tu podoba, to nie mam nic przeciwko. Dziwiło mnie tylko to, że tak szybko zapomniał o przeszłości i nazwał mnie mamą. Mój humor od razu się poprawił. Blady uśmiech błądził na mojej twarzy, jednak myśli wciąż krążyły wokół deszczy, parku i... Rogers’a. „Niech to” wulgaryzowałam w myślach. Od tej pory musiałam okłamywać i Hectora, i Steva. Przyswoiłam sobie, że prędzej czy później będę musiała pogadać z nim o tym. Jak to powiedział Ducard: „Nic się nie dzieje przypadkiem, wszystko jest już z góry zaplanowane”, a ja mu na to za każdym razem: „Jeśli tak, to ten z góry mnie nienawidzi". Taka była prawda, praktycznie nic dobrego w życiu mnie nie spotkało, prócz paru cudownych chwil z Harrym. Teraz miałam szansę zacząć od nowa, otworzyć się na bliskich, których mam pod ręką. Rogers nie wiedział, że wiem kim jest, że po nocach próbuje mi tą swoją głupią tęczową tarczą ściąć mi głowę. To też mnie martwiło - jednego dnia ślinię się do niego, a innego jestem kotkiem, bawiącym się z nim dosłownie w kotka i myszkę Nie tolerowałam tego, co było nudne i przelotne, a pocałunek ze Stevem był inny niż to wszystko. Byłam gotowa w tamtym momencie, co być może do niego czuję, nic nie czuję, nic. Spojrzałam w sufit.
- Jasna cholera - mruknęłam przeciągle, ziewając jednocześnie. Pomyślałam, że spacer dobrze zrobi nam obojgu. Napisał kartkę i przykleił do lodówki, żeby znów nie marudził, że jak się bawię, to po sobie nie sprzątam i gliny urządzą sobie polowanie.
-To co, chcesz się pobawić na placu? - Uśmiechnęłam się do niego, pomogłam mu się ubrać i oboje pomaszerowaliśmy w stronę placu zabaw niedaleko kamienicy.
 
~*~Steve~*~
 
Uderzałem w ten cholerny worek kolejny raz z rzędu, raz mocniej, raz słabiej. Nie mogłem się skupić, miałem mętlik w głowie, wszystko mi się mieszało i tworzyło niejednolitą masę. Zastanawiałem się, ile czasu nie będziemy się do siebie odzywać, ja i Marni. Milczeliśmy oboje, nawet jej nie widziałem. Wychodziła rano i wracała późnym wieczorem. Czasami widziałem, jak siedziała przy stole z tym małym chłopczykiem. Uśmiechała się, wręcz śmiała, kręciła nim, całowała w czoło i robiła kanapki na kolację. Czasami żałowałem, że nie mam u boku takiego kogoś jak ona, kogoś kto co rano dawałby mi buzi i żegnał, kiedy szedłem do pracy, radośnie witał z gotowym obiadem, gdy wracałem z pracy i w ogóle towarzyszył w te lepsze i gorsze dni. Kogoś, z kim można porozmawiać, wyżalić się, a w szczególności kogoś kto mnie zrozumie. Niełatwo jest znaleźć wspólny język z kimś takim jak ja - starym, ale jeszcze żywym Stevem Rogersem, a ona wydawała się być idealna na to stanowisko. Może gdyby to wszystko potoczyło się inaczej, kto wie, o czym bym teraz rozmyślał. Po tym jak... całowaliśmy się w parku, odprowadziłem ją pod same drzwi Wayne Tower. Swoją drogą, co do Wayne’a. Oczywiście Tony wrócił, zgrzytając zębami. Jego ułożone włosy przypominały teraz igły jeża. Zawsze, gdy były spotkania Rady Wayne Enterprises i Stark Industries, Bruce zachowywał się przyswoicie i nie dawał się sprowokować takiemu czubkowi jak Stark. Podziwiałem go, że wytrzymywał z nim w jednym pokoju całe kilka godzin robiąc sfinksa. Mina Tony’ego, gdy widział twarz Bruce’a Wayne’a na pierwszych stronach gazet była bezcenna. Wybiła godzina siedemnasta, postanowiłem odwiedzić Peggy, już dawno do niej nie zaglądałem. Przebrałem się i spakowałem, nie miałem do niej aż tak daleko. Może ona była mi wstanie coś poradzić, ale nie chciałem jej skrzywdzić tym, że „polubiłem” inną. Wiedziałem też, że jest ona jedyną osobą która mnie rozgryzie.
 
~*~
 
- Chciałem właściwie prosić cię o radę, mam problem z pewną dziewczyną. - Wbiłem wzrok w podłogę, wciąż zastanawiałem się, czy jej o tym powiedzieć. Musiałem w końcu o niej za pomnieć, pomimo że kiedyś ją kochałem. Wciąż miałem przed oczyma tę młodą Panią Kapral z czerwonymi ustami, wpatrującą się we mnie z surową twarzą, ale i nasz pocałunek 70 lat temu.
 
- Fanka? - Peggy zaśmiała się i ostatkiem sił uśmiechnęła do mnie. Widziałem jak starała się przypominać chociaż trochę tę pełną wigoru kobietę, co kiedyś. Widziałem, jak cierpi, patrząc na mnie, że znów nie może być młoda. Obydwoje wiedzieliśmy, że to, co było kiedyś między nami, nie miało już prawa być. Przynajmniej tak mi się zdawało.
 
- Nie... sąsiadka, Marni Ray. Problem w tym, że...
 
Nie dała mi skończyć. Szybkim, szorstkim i zdecydowanym tonem powiedziała:
 
- Jest bardzo skrytą i tajemniczą osobą, jest trudniejsza do zrozumienia niż jakikolwiek labirynt czy logogryf.
Czyżby znała moją sąsiadkę? Miałem tyle pytań w tej kwestii. Może dzięki niej poznam Marni bliżej, cokolwiek się o niej dowiem. Rzeczywiście! Była bardzo skryta i zamknięta w sobie, jednak przez ostatnie wydarzenia miałem wrażenie, że stała się bardziej otwarta na świat, a nasz pocałunek mnie w tym utwierdził. Odnosiłem wrażenie, że Peggy jest trochę zazdrosna, ale to niemożliwe, żeby moja urocza sąsiadka i ona się znały.
 
- Skąd znasz Marni? - spytałem niepewnie.
Jej oczy zapłynęły ogniem, a na polikach pojawiły się rumieńce. Po jej minie zrozumiałem, że momentalnie zrobiła się zła. Kiedyś jej mina mogła pozostać pokerowa, teraz każda emocja była jasna. Nie sądziłem, że jest zazdrosna, nie sądziłem, że może być zazdrosna. Odetchnęła i spojrzała mi w oczy. Nie święciło to nic dobrego
 
- Jest moją prawnuczką. Moja wnuczka Lily zginęła przez jej głupiego męża, który doprowadził ich wszystkich do śmierci. Ona jest taka sama jak jej ojciec. Nie boi się konsekwencji. Kocham ją, ale cokolwiek jej powiem, ona tłumaczy to na swój destruktywny język!! – wrzasnęła, a raczej pisnęła, uderzając pięścią w stolik. Łzy popłynęły jej po policzkach i spojrzała w stronę okna. - Moja mała Lily... Dopiero co widziałam ją w ogrodzie, jak biegła. - Peggy zacisnęła powieki i zaczęła szybciej oddychać, po chwili z jej piersi zaczął wydobywać się szybki świszczący oddech. Natychmiast się poderwałem i zawołałem jakąś pielęgniarkę. Usiadłem na krześle i wciąż powtarzałem „Lily”. To coś znaczyło. Ojciec Marni, matka Marni - to musiało coś znaczyć. Szybko wyjąłem telefon i zadzwoniłem do T.A.R.C.Z.Y. chciałem się dowiedzieć czegoś o „Lily”.
 
~*~
 
- Znajdź mi informacje o Carterach, całej rodzinie, a szczególnie prawnuczce Peggy - Lily.  
Mały mężczyzna wpisał parę danych i wpatrywał się w nazwisko, które widniało przy zdjęciu młodej kobiety o ciemnych włosach i zielonych oczach. Wyglądała na szczęśliwą.
 
- Lilianne Anabelle Carter, mężatka, z nazwiska męża Ray, matka ósemki dzieci, siedmiu chłopców i jednej dziewczynki, nie żyje od dwudziestu lat, przyczyna śmierci nieznana, nieznana od dnia ślubu z James’em Ray’em
Ray.. znałem to nazwisko. Kojarzyłem je, pamiętałem. Musiałem usiąść, przyswoić to wszystko powoli. To nie mogła być matka Marni, skoro NOSIŁA NAZWISKO Ray, jej dziadek też.
 
- Wygooglować Jamesa Ray’a - mruknąłem, wciąż analizując to, co mi powiedziała Peggy i to, co przed chwilą usłyszałem. Nic się ze sobą nie kleiło. Wszystko zadawało się być inne niż było w rzeczywistości. Musiałem pogadać z Peggy, Panem Rayem, z kimś kto cokolwiek by wiedział. A jeśli Marni skrywa tajemnicę, o której nie wie nikt? Ale to się nie zgadzało.
 
- James Eneasz Ray, urodzony 1959 w Jakucku, Syn Severusa i Marie Ray. Żonaty z Lilianne Carter, miał ósemkę dzieci - siedmiu chłopców i jedną dziewczynkę. Wiadomo, że miał styczność z KGB. Po wyjeździe z Londynu nie wiadomo co się z nim stało, wiadomo zaś, że 5 listopada 1983 znaleziono jego zwłoki i jego dzieci w jednym z domów w Gżacku. Ciekawostką jest to, że ciała dziewczynki nigdy nie odnaleziono.
 
Mężczyzna obrócił się stronę kobiety siedzącej po jego lewej. Miała krótkie, rude włosy i zielone oczy, które zamiast na mężczyznę, wpatrywały się w komputer. Wciąż niezbyt wierzyłem w to, co zobaczyłem i usłyszałem. To byli rodzice Marni? Chciałem prawdy, nie kłamstw, nie mogłem się zakochać w dziewczynie, która kłamała. Nie wiem, czy ją kochałem, czy było to tylko tymczasowe zauroczenie. Rubeus, mój przyjaciel, był pradziadkiem Marni. To wszystko zaczęło się kleić. Wystarczało, że Marni to potwierdzi, że nie skłamie.
 
 
~*~Aarone~*~
 
Hector biegał po placu bardzo szczęśliwy. Bawił się z innymi, rozmawiał, kopał w piaskownicy i dokazywał, jak to dziecko. Dziwnie się czułam, siedząc wokół tych wszystkich mam i wpatrując się w swoją nową pociechę. Obserwowałam to wszystko jakby w zwolnionym tempie. Matki rozmawiały ze sobą na różne tematy, o tym jakie to wyjątkowe są ich dzieci, jakie to piękne i świetne są. Każda matka kocha swoje dziecko i ma je za najlepsze. Nagle usłyszałam, jak to jedna z matek opowiadała o swojej ciąży i porodzie. Zastanowiłam się nad tym głęboko. Miała kogoś, kogo kochała, komu pozwoliła zostać ojcem swojego dzieciątka. Ja nie miałam tego, tak to ujmę, przywileju. Niektórzy sądzą, że ciąża to jakaś masakra - że bóle pleców, nóg i boleść porodowa to czasami budzące strach uczucie. Między innymi dlatego niektóre kobiety nie decydowały się na ciążę, tylko adoptowały dzieci. Inne mówią, że to najszczęśliwszy czas w ich życiu, że ich mężowe spędzają z nimi całe dnie, opiekując się i dbając o nie. Ja nie miałam wyboru. Zabawne, ja nigdy nie mam wyboru. Teraz, wcześniej, nigdy. Ale nie żałowałam i nie żałuję. Obiecałam Ismenie, że zajmę się jej synkiem, jak tylko będę mogła. Obiecałam. Pokochałam go od pierwszej chwili. Żałowałam często, że i mnie nie spotkał przywilej bycia w stanie błogosławionym przy mężu. Nie raz już przepłakiwałam noce, użalając się nad swoim żałosnym życiem i brakiem gromadki dzieci biegającej po domu. Alfreda i zajmujących czasu panu Normanowi. Przynajmniej kiedyś tak wyobrażałam sobie swoje życie. Teraz? Teraz nie ma już nic, tylko puste nadzieje na przyszłość. Może dziadek miał jednak rację i pora się ustatkować? Mam już dziecko, do szczęścia brakuje mi tylko ktoś, kto będzie mnie zszywał po szamotaninie w sklepie obuwniczym z inną świrniętą laską. Dziwne, jak o tym myślę to nasuwa mi się Rogers. Och, proszę, wszyscy, tylko nie on!

niedziela, 10 maja 2015

II "Banda Zwierząt"

Wciąż leżała twarzą do ziemi, próbując uspokoić swoje serce i zbuntowane myśli. Czerń, którą miała przed oczami, nie pozwalała jej wstać. Czuła na sobie wzrok tych wszystkich chłopców, słyszała, jak się śmieją i szydzą z niej. Podparła się na łokciach. Miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje. Żołądek skręcał się i wykręcał na wszystkie strony. Jaskrawy, wciąż nie do końca ostry obraz wirował, powoli dochodząc do siebie. Ostatkami siły woli przewróciła się na plecy. Teraz widziała już wszystko dokładnie. Chłopcy niewiele od niej starsi, o różnej barwie skóry, mali, duzi, chudzi, pulchni, a niektórzy (w jej mniemaniu) nawet przystojni. Z tej perspektywy wszyscy wydawali się wielcy.
 

- Gdzie chcecie ją przydzielić?
 

- Pewnie do ogrodu!
 

- Do kuchni! Będzie pichcić razem z Patelniakiem!
 

- Bardzo śmieszne, smrodasie, wolę nie - odparł ów Patelniak.
 

Smrodas, sztamak, sklumpować się - te wyrazy były równie dziwne, co sytuacja, w jakiej się znalazła. Ktoś wyciągnął do niej ręce w geście pomocy, jednak ona wierzgnęła i natychmiast je odtrąciła. Zaczęła ponownie szybko oddychać i wstała. Cofając się do tyłu, uderzyła w kogoś. Natychmiast odskoczyła i rozpaczliwie zaczęła szukać wyjścia z kręgu facetów. Wśród rozbieganych głosów słyszała takie komentarze jak:
 

- Zaklepuję ją!
 

- Poznajcie moją nową dziewczynę!
 

- Ale ma dupę!
 

- Deska jak nic!
 

Jade jęknęła i popchnęła jakiegoś chłopaka, wydostając się poza krąg tych zwierząt. Biegłą, jak tylko mogła, w stronę lasu - najbliżej rzeczy, jaka wydawała jej się bezpieczna.
 

- Hej, mała, zaczekaj! - wrzasnął ktoś z tyłu.
Nie oglądała się, biegła jak najszybciej, byleby odejść od nich i tego miejsca. Nie miała nawet czasu, żeby dokładnie zobaczyć, co znajduje się w okół niej, za cel obrała sobie las. Wydawało jej się, że to miejsce jest dla niej najbezpieczniejsze. Dźwięk butów uderzających o popękany beton równał się z szalonym tempem serca dziewczyny. Wiedziała, że ktoś za nią biegnie... I zaczyna ją doganiać.
 

-POCZEKAJ! STÓJ RZESZ, GŁUPIA BABO! - ryknął ten sam głos.
Jade biegła tak szybko, jak tylko siły i adrenalina we krwi jej pozwalały. Miała wrażenie, że jej płuca są za małe, że zaczyna odczuwać wrażenie tonięcia. Nie myślała - biegła. Nagle potknęła się i już widziała się z wystającą kępą traw. Na szczęście jej dziwny skręt w bok zapobiegł dalszemu rozwojowi wypadków. Odwróciła się na chwilę. Czarnowłosy Azjata, tan sam, który pomógł jej wydostać się z pudła, zatrzymał się. Najwyraźniej się zmęczył. Ona też zaczęła odczuwać zmęczenia, ale wbiegła do lasu i zatrzymała się w samym jego sercu. 

Nagle usłyszała głosy.
 

-No nie - jęknęła i panicznie zaczęła szukać jakiegoś ratunku. „Drzewo, Jade”- szepnął cichy głos w jej głowie. Nie namyślając się długo, nastolatka wspięła się na buk wystarczająco wysoko, aby schować się przed „zwierzętami”. Tak, zwierzętami. To było według niej najbardziej trafne określenie tej bandy chłopców. Oparła się o pień i pozwoliła, żeby samotna łza spłynęła jej po policzku. O nic nie pytała, czuła się samotna. Skuliła się i schowała głowę między kolana.

"Gdzie ja do cholery jestem?! Co to za miejsce?". Zaszlochała. Niepokój wypełniał ją całą. Nie wiedziała, czy drży, bo jest jej zimno, czy po prostu jest zła (a raczej wściekła). Emocje nią targały. Kilka minut temu leżała w ciemnym pudle, a teraz siedziała na drzewie w jakieś osadzie pełnej zboczonych świń. Próbowała przeanalizować, co dokładniej widziała.
- Niebo - szepnęła. - Słońce. Jasne. Dziwnie jasne.
 

- Jak mogłeś zgubić głupią dziewczynę, Minho! Niby nie ma na ciebie mocnych, a pozwoliłeś zwiać takiemu chuchru! - wrzasnął gruby głos. Znała go, jednak nie potrafiła go do końca przypasować do jednego z osadników. Natychmiast nabrała powietrza w płuca, ale nie ważyła się go wypuścić. Delikatnie wychyliła głowę na bok. Czarnowłosy, wysoki Azjata w niebieskiej koszuli oraz czarnoskóry mówca wraz z grupą chłopców stali idealnie pod nią.
 

- Alby, wylaksuj! Daleko nie uciekła, jest tu gdzieś... Tylko... Trzeba... Ją znaleźć - powiedział, uderzając w jedno z drzew.
Jade czuła, że „Minho” raczej nie pogodził się z faktem, że uciekła mu dziewczyna... Co za ironia. Gdyby wypowiedziała to zdanie na głos, zapewne nie tylko ona by się uśmiechnęła. Nawet nie zauważyła, a pierwszy raz, odkąd przybyła do tego miejsca, uśmiechnęła się.
 

- Jak mam wylaksować?! Pikolona Njubi! - krzyknął Alby.
 

- Macie ją? - powiedział nowy, zdyszany głos. Rozpoznała w nim tego blondyna, który przywitał ją w pudle. Przed oczami miała te jego piękne brązowe oczy, wpatrujące się w nią z takim zainteresowaniem i ciekawością... „Dosyć, Jade!”- wrzasnęło coś w środku niej.
 

- Nie, ale jak zaraz jej nie znajdę, to jej powyrywam te brązowe kłaki z czaszki i klump mnie obchodzi, że jest dziewczyną - syknął Minho.
 

- JADE! Ten sztamak tylko żartuje, wyjdź! Nic ci nie zrobimy! Wiem, że przeraża cię taka ilość płci przeciwnej, ale serio nie masz się czego bać! - krzyknął blondyn. Wydawał się być najbardziej sympatyczny ze wszystkich zebranych.
 

- To nie ma sensu, nie wyjdzie, to baba, one one są dziwne.
Jade buchnęła złością. Tego było za wiele. Nie będzie jej obrażał. Przekręciła się i zeskoczyła wprost na Minho. Ktoś z tłumu krzyknął i wszyscy odskoczyli momentalnie na bok. Minho, przygwożdżony do ziemi, szarpnął się i zrzucił z siebie wściekłą szatynkę.
 

- Uważaj kogo nazywasz babą, jeżyku! - wrzasnęła, natychmiast wstając i otrzepując z siebie kurz. - Gdzie my w ogóle jesteśmy? Co to za miejsce?! Czemu nic nie pamiętam?!
Minho, wściekły, pewnie rzuciłby się na Jade, jednak ostry głos Alby’ego go powstrzymał.
 

-Laska, nie wiem, coś ty za jedna, ale radzę słuchać! Nikt nie będzie nas tak traktować! Nie pozwalaj sobie...
 

- CO TO ZA MIEJSCE?! - Złość buchnęła z niej jak z ogniska. Starała się chociaż w pewnym stopniu opanować, jednak im bardziej próbowała, tym gorzej jej to wychodziło.
 

- ZAWRZYJ TWARZOSTAN, TO CI POWIEM! - ryknął do niej Alby.
Przez kilka sekund nic nie mówiła. Analizowała zwrot „zawrzeć twarzostan”. Domyśliła się, że to być może coś w rodzaju „zamknij się”.
 

- Nie drzyj się na nią! - krzyknął wysoki, lekko piegowaty chłopak. Wyglądał na ok. 1,80 metra. Był o wiele wyższy od Jade, przynajmniej tak jej się zdawało. Jego przenikliwe, niebieskie oczy rzuciły wściekłe spojrzenie Alby’emu i zasłonił dziewczynę. Jej wzrok przeniósł się na Newt’a, który momentalnie zrobił się czerwony. - OBOJE ZWINĄĆ CHLAPIDŁA!
Ciemnooki nie wytrzymał i odepchnął Gally’ego na bok. Zapadła cisza. Najwyraźniej Newt dysponował jakimś szacunkiem, skoro wszyscy się momentalnie zamknęli.
-To jest strefa... A my jesteśmy Streferami. Wyjdźmy z tego lasu, to sobie to zobrazujesz - powiedział już o wiele łagodniejszym i milszym tonem.
 

- Czego się gapicie?! Jazda stąd, szczylniaki - rzucił poczerwieniały ze złości Gally.
Dzieciaki rozeszły się, pojękując. Pod drzewem została tylko Jade, Minho, Newt, Alby i Gally. Ten ostatni otoczył ją ramieniem i zaczął przemawiać.
- Każdy przechodził to, co ty, więc nie wpurwiaj się, bo to nic nie da, laleczko...
 

- Nie mów tak do mnie! I zabieraj tą łapę.. – dodała, odsuwając się w stronę Minho. Ten rzucił jej wściekłe spojrzenie jednak nic nie powiedział. Jade była tak zmęczona, że nic już nie chciała mówić. Przez głowę przemknęła jej myśl, że równie dobrze ktoś mógłby ją pyknąć i byłoby po sprawie. Gally posłusznie wykonał rozkaz.
 

- To znaczy, chciałem powiedzieć...
 

- Wybacz mu tę klumpowatą gadkę, świerzynko, ale nasz kartoflanonosy kolega chciał powiedzieć, że lepiej wszystkiego nie wiedzieć.
 

- Ja jednak chcę i TO JUŻ!
 

- A proszę cię bardzo - rzekł Minho, pchając ją do przodu.
Po raz kolejny tego dnia Jade zaryła o kamienne podłoże. Poraniła sobie kolana, jednak widok, jaki ukazał się jej przed oczami, sprawił, że nie czuła już niczego. Wielkie kamienne mury tworzące idealny kwadrat otaczały ją ze wszystkich stron. Ją, Streferów, wioskę. Ogromne betonowe mury sprawiły, że Jade poczuła się mała, wręcz malutka jak mrówka. To wszystko zapierało dech w piersiach, ale i przerażało. Jade poczuła strach. Była zamknięta jak ptak, a z czterech czarnych szczelin między murami dochodziły najróżniejsze dźwięki. Zaczęła się obracać, podziwiając, co jeszcze skrywa „Strefa”. W najbliższym rogu dziedzińca, gdzie akurat byli, stała stara rozwalająca się szopa i las, z którego właśnie wyszli. Składał się głównie z buków i małej części z sosen.
W innej części były uprawy. Z tej odległości Jade dostrzegła jedynie parę drzew owocowych oraz inne rośliny. Wysokie, zielone słupy wyglądające jak kukurydza oraz coś, co przypominało pomidory. W rogu, naprzeciw była zagroda. Znajdowały się tam świnie, krowy i owce, zamknięte w zagrodach. Przez chwilę zastanowiła się, czy może to nie siedziba Patelniaka albo Winstona czy jeden im pies. Ostatnia cześć wydawała się być skupiskiem uschniętych drzew. Patrząc na nie., przeszły ją czarne myśli. Jak już zdążyła zauważyć, niebo było jasne i bezchmurne, co było straszne dziwne. Po wyjściu z lasu do jej nosa wtargnęły różne zapachy: pieczonego chleba, obornika, pieczonego mięcha.
 

- Napatrzyłaś się już, księżniczko? - rzucił Alby, zakładając ręce na piersi.
Odwróciła się. Teraz miała czas, aby dokładnie się im przyjrzeć. Pierwszym od lewej, jeśli ją pamięć nie myliła, był jasnowłosy Gally. Jak zwykle zgrywał obrażonego na cały świat. Nie wyglądał na przyjemniaczka. Kolejny z nich, czyli Minho, był czarnowłosym Azjatą, który zgrywał twardziela. Spod jego niebieskiej, lekkiej koszuli wystawały mięśnie. Alby był poważny. Jego krótkie, przystrzyżone czarne włosy oraz ciemne oczy idealnie pasowały do jego odcienia skóry. Był ubrany jak każdy nastolatek, nie licząc tych wszystkich brudnych plam, zresztą jak u wszystkich „Streferów”. Ona do czystych też nie należała.
 

- Co jest za tymi murami? -spytała, patrząc jak zaczarowana na szczeliny między ścianami. Jakaś magiczna siła ciągnęła ją w tamtą stronę. Powolnym krokiem zaczęła iść w stronę wielkich murów, jednak ktoś złapał ją za koszulkę i pociągnął do tyłu, sprawiając, że ponownie upada, tyle że tym razem na tyłek.
 

- Tobie nie wolno tam podchodzić, a tym bardziej wchodzić, Njubi - warknął Gally, kucając przed nią.
 

- Odwal się! Niby czemu?! Jakieś potworki wyjdą i mnie zeżrą? - parsknęła śmiechem i jednym kopnięciem zwaliła z siebie Gally'ego. Ten pomasował sobie ramie i rzucił Jade wściekłe spojrzenie.
 

- A żebyś wiedziała, świerzynko. I żeby ci nie przyszło do głowy tego sprawdzać - mruknął Alby, pomagając jej wstać. Strzepnęła z siebie kurz i kamyki, po czym ponownie przyjrzała się wielkim wrotom. Nagle wybiegło z nich dwóch chłopaków.
 

- A ci to mogą, hę?
 

- To Zwiadowcy, oni jako jedyni mogą przemierzać labirynt w poszukiwaniu wyjścia. Słuchaj, lala, i tak za dużo ci powiedziałem, jak na dzisiaj. Newt, zwołaj tu jakiegoś sztamaka, niech ogarnie jej jakieś wyro. Chyba że księżniczka boi się spać sama, to udostępnimy jej jedno z naszych. - Minho zbliżył się do niej i szurnął ją łokciem.
 

- Chwilunia... LABIRYNT?
 

- Ta... Niech się kimnie na moim leżaku, jutro ogarniemy jej własną pryczę... Albo szopę - rzucił Newt.
Jade przełknęła ślinę i obdarowała Newta pół uśmiechem ulgi. Z jednej strony cieszyła się, że będzie blisko jedynego sprzyjającego jej człowieka w tym kwadracie, ale z drugiej będzie spać w bunkrze pełnym chłopaków
 

- Skąd w tobie taki akt poświęcenia, Newt? Czyżby nasza nowa koleżanka wpadła ci w oko? - palnął ciemnoskóry chłopak, targając blondyna po włosach.
 

- Skąd, ona? A widziałeś ty ją?
Chłopcy wybuchnęli śmiechem. Jade nie pozostało nic innego jak podporządkować się woli tych żartownisiów.
 

- Super - jęknęła ze zdegustowaniem. Zabolała ją lekko wypowiedź Newta. Czyli była aż taka brzydka? Westchnęła i złapała się lekko za ramię. Targała nią czysta wściekłość. Zamknięta pośród chłopców w labiryncie.




Witam w Rozdziale II. Inspirująca nazwa nie powiem. Miałam dziś przyjęcie i jestem wykończona. Jako że wczoraj "poprawiłam" ten rozdział (nie ma ni Fuja żeby to było poprawione) postanowiłam go wstawić. Na razie napaliłam się na więźnia więc będzie wiezień. Zmieniłam opo o Lokim i chyba wgl zacznę od początku bo mi nie podchodzi. Ogólnie napisałam już z 3 rozdziały ale nie mam weny żeby pisać dalej więc sb oszczędzę. Kapitana Ameryki możecie spodziewać się we wtorek ok godz 19:00.
Dzisiejszy rozdział dedykuję Viv która z rozmachem wróciła z Więzią. Dziekuje ;)
Pozdrawiam
Rachel